CAR BOMB – Meta

No i znowu wraca do mnie ten core, niczym bumerang. To w sumie całkiem zabawne, biorąc pod uwagę wcześniejsze boje z tą całą hałaśliwą zgrają metalowców z tunelami w uszach i cokolwiek dziwnymi ideałami w głowach. W dalekiej przeszłości, mniej więcej na etapie noszenia katany oblepionej naszywkami, żywiłem szczerą nienawiść do nowoczesnych wariacji na temat szeroko pojętego hardcore. A teraz? A teraz, to nic, tylko upajam się dźwiękami produkowanymi przez takie składy, jak Code Orange, nie wspominając już o prekursorach nurtu – w postaci Converge chociażby. Sęk w tym, że to właśnie Car Bomb i im podobni stanowią esencję grania w tej szufladce. Z całym szacunkiem dla wyżej wspomnianego Code Orange i ich świetnego tegorocznego “Forever”.

O ile siłą najnowszego krążka Code Orange jest niespotykana – jak na ramy core’owej stylistyki – przebojowość, o tyle to właśnie ubiegłoroczne dzieło Car Bomb usadza całą konkurencję w kącie. Kiedy inni przedstawiciele jatki lubią bawić się ze słuchaczem i zaskakiwać różnymi rozwiązaniami, bohaterowie tego tekstu z miejsca wymierzają celny cios obuchem prosto między oczy. Oczywiście, twórcy „Meta” są na tyle dojrzałymi twórcami, by nie ograniczać się jedynie do prostolinijnej szamotaniny ze słuchaczem od pierwszej po ostatnią nutę. W takim “Gratitude” pobrzmiewa na przykład czysty wokal przy akompaniamencie całkiem przyswajalnych riffów. Przyswajalnych jak na tę kapelę, warto dodać. Bo te wszystkie melodyjne patenty, które od czasu do czasu przebijają się między rozwrzeszczanym śpiewakiem a serią blast beatów, stanowią jedynie kolejny środek wzmacniający radykalność przekazu Car Bomb. Przecież po niemal ambientowym dryfie po oceanach dźwięku, trzeba z miejsca uderzyć aż do przesady rozhuśtanym breakdownem i kanonadą zadanych z subtelnością młota pneumatycznego perkusyjnych ciosów. Ale, jak już wspomniałem, gierki prowadzone ze słuchaczem to tylko detal w tej układance. Istotny, ale detal. W tym wszystkim chodzi przecież o szeroko pojętą destrukcję, a ta wychodzi Amerykanom wyjątkowo dobrze. Chociażby takie “Black Blood” – tu jest absolutnie wszystko: od rozbujanego rytmu, aż po groteskowe tempa przywodzące na myśl muzykę grindcore. Warto wspomnieć, że panowie z Car Bomb nie silą się wcale na oryginalność. Od strony wokalnej w jednej chwili można wyczuć fascynację pana śpiewającego Jensem Kidmanem. Z kolei gitarzysta do spółki z sekcją rytmiczną już pełnymi garściami czerpią z dorobku nowoczesnej sceny metalowej. Przecież te wszystkie schorowane zmiany temp i rytmów są dobrze znane z płyt Dillinger Escape Plan. Deathmetalowe odpryski wywołują konotacje z Suffocation (zresztą, w “Sets” parę słów wykrzyczał wokalista ostatniej z grup – Frank Mullen), a rozedrgana w wielu utworach ósma struna przypomina o tym, jak wiele dla rozwoju agresywnego grania zrobił Meshuggah. Jak widać, trochę tych wpływów jest, ale czy coś w tym złego? Skoro działa, niech Car Bomb posiłkują się najlepszymi do woli. Smacznego!Car Bomb band

Przyjemnie słuchać takich płyt! Stanowiących swoiste antidotum na zabawnych blackmetalowców w kapturach czy zaczadzonych oparami pewnej roślinki stonerowców. Car Bomb kopie, miele i przepuszcza przez żeberka kaloryfera. W tym przypadku brutalność nie jest jednak wyrazem braku manier, ale dokładnie na odwrót – zespół w ten sposób wyraża poszanowanie dla swoich odbiorców. I co tu dużo mówić, pozdrawiam Car Bomb z podbitym okiem i poobijanymi żebrami. Warto było.

Łukasz Brzozowski

Pięć i pół