CANNIBAL CORPSE – Torture (Metal Blade)

Dwanaście albumów studyjnych, 24 lata rzępolenia, status ikony death metalu. Problem w tym, że od dawna nic wokół Kanibali nie iskrzyło, nie śmierdziało i nikt nie demonstrował.  Myślę – choć pewnie zespół nawet na (nomen omen) torturach tego nie przyzna – że brakuje im jakiegoś małego skandaliku, rozgardiaszu, który rzuciłby nowe światło na ich dokonania. A bez tego „Torture” przejdzie do historii jako kolejny – tylko kolejny – album tej załogi. Z wszystkimi, należnymi wadami i zaletami.

Wiecie, do czego służą muzea? Nie?! No to sprawdźcie w Internecie. Jak już wiecie, to pomyślcie, że za kilka lat w takim przybytku traktującym o death metalu będzie jako eksponat pokazany Cannibal Corpse. Przychodzą tu dziatki z tatusiami, co to pamiętają jeszcze jak nosili katany z naszywkami i pytają – „Tatuś – a co to takiego ten Cannibal?” „To, synku, taki zespół z Ameryki – opowiada tatuś – kiedyś, na początku lat 90 – tych wszyscy się ich bali, władze zakazywały sprzedaży płyt a okładki budziły przerażenie u rodziców” „Aha – odpowiada synek – a ty, tata, już się nie boisz mi ich pokazywać?” „Nie, synku, nie boję się, bo to tylko taka zabawa jest…” Klik!! Pat O’Brien budzi się spocony z koszmarnego snu… Tylko nie to!! Prawda, przydałoby się, żeby znowu Niemcy zabronili sprzedaży płyt Cannibal Corpse w sklepach, żeby nie mogli grać niektórych kawałków pod groźbą surowych kar. Żeby organizacje rodzicielskie pastwiły się nad tekstami…

Te czasy już nie wrócą. Dzisiejszy Cannibal jest przewidywalny i skrojony do komercyjnych potrzeb wytwórni. Jak sprawny rzemieślnik wykuwa swoje toporne kawałki, w których wszystko jest oczywiste. Ok., nieźle się tego słucha, od czasu do czasu mogę się nawet odprężyć przy hitach w stylu „Sarcophagic Frenzy” czy  „Intestinal Crank”, ale pozostaje pytanie „po co”, skoro wokół mamy setki zespołów grających muzykę ciekawszą? Odpowiedź jest jedna – bo to metalowa ikona i szacunek należy się jej. I to powinno wystarczyć, gdyby nie jeden, drobny fakt. A fakt jest taki, że w 2006 roku zespół popełnił album „Kill”, który – osobiście – uważam za najlepszy w historii grupy, wyłamujący się poza schemat, potwornie agresywny, ale też inaczej skonstruowany, gdzie takimi szlagierami jak „The Time To Kill Is Now” czy „Make Them Suffer” CC rozprawia się ze swoją twórczością w iście rzeźnickim stylu. Czyli – można, jest potencjał i „iskra”. Dlaczego zatem kolejne dwa albumy znowu zawierają muzykę „bezpieczną”? Nie wiem i nie rozumiem. Owszem, nowa płyta jest konkretna, w kilku miejscach nawet pokusili się o bardziej pokręcone aranże (choć bez przesady…). Jak zwykle popisuje się Webster – ma nawet swoją solówkę w „The Strangulation Chair”, jest ciężko, duszno i ponuro. Jak to u Kanibali. Ani lepsza ta płyta, ani gorsza od poprzedniczki. Wszystko w myśl zasady „kupić, posłuchać i zapomnieć”. Szkoda, bo jak zwykle spodziewałem się że coś drgnie, a tu nawet okładka – podobnie jak  w przypadku „Evisceration Plague” – jest „bezpieczna” i przymulona.

Ponarzekałem sobie a przecież Cannibal Corpse budzi we mnie ciepłe uczucia. Za wytrwałość, za fakt, że niezmordowanie tłuką swoje, choć pewnie i sprzedaż już nie ta. Cóż, jestem w stanie uwierzyć, że faktycznie robią to wszystko dla tych oddanych, wiernych fanów, którzy oczekują od nich takiej właśnie, mało skomplikowanej i topornej rzezi. Jako wzorzec death metalu, który może być punktem odniesienia, CC sprawdzają się znakomicie, choć wątpię, czy taka opinia by ich zadowoliła. Pozostaje im życzyć… kolejnych dwunastu płyt. Póki ręce nie pokręcone reumatyzmem i kark sprawny.

Arek Lerch

Trzy