CANNIBAL CORPSE – A Skeletal Domain (Metal Blade)

Łapię się czasem na nieznośnej i naiwnej myśli, że Corpsegrinder to nowy wokalista Cannibal Corpse, a wiem dobrze przecież, że jest członkiem grupy już prawie od dwudziestu lat. Nowy, bo mimo wielu wspaniałych albumów największym dokonaniem zespołu pozostaje dla mnie mimo wszystko „The Bleeding”, czyli czwarty i ostatni krążek z Chrisem Barnesem za mikrofonem. Choć nie wszystkie płyty z Corpsegrinderem są równie doskonałe, bo „Gore Obsessed” i The Wretched Spawn to pewna obniżka formy, nie zmienia to w ogóle faktu, że facet nagrał z kapelą aż dziewięć płyt. Cztery ostatnie z nich, w tym także i najnowsza A Skeletal Domain, to wzorcowy i nieskazitelny death metal, którego nie da się pomylić z dokonaniami żadnej innej grupy.

Po jakże udanym romansie z Erikiem Rutanem, który wyprodukował „Kill”, „Evisceration Plague” i Torture oraz z sukcesem podwoił wigor i żar nagrań Kanibala, przyszedł czas na zmiany. Zmiany nie rewolucyjne, ale powodujące, że zespół znów dał krok do przodu. Tym krokiem jest współpraca z Markiem Lewisem, odpowiedzialnym za brzmienie płyt The Black Dahlia Murder, Devildriver czy Whitechapel. Choć Lewis nie należy jeszcze do starych wyjadaczy, wie co w trawie piszczy i trzeba przyznać, „A Skeletal Domain” brzmi inaczej niż trzy poprzednie albumy Cannibal Corpse.

Być może na „A Skeletal Domain” nie ma aż tak zapadających w pamięć kompozycji jak znane z trzech ostatnich wydawnictw „Make Them Suffer”, „Evisceration Plague” czy „As Deep as the Knife Will Go”, ale za to cały materiał jest wyjątkowo równy i gęsty. Można wyróżnić każdy jeden kawałek, można nie wyróżniać żadnego. Zamiast jednak wysilać się na układanie nic nie wnoszących rankingów, lepiej przyjrzeć się czym zaskakuje trzynasty studyjny krążek Kanibala.CCbyAlexMorgan-001

To, co najbardziej uderza w kontakcie z „A Skeletal Domain” to inne niż do tej pory podejście do solówek. Na żadnej z poprzednich płyt nie zalatywały one do tego stopnia Slayerem. Charakterystyczne dla Kinga i Hannemana jazgotliwe i świdrujące popisy zostały znakomicie zaadaptowane przez równie klasowy duet gitarowy O’Brien-Barrett. Nie jest tajemnicą, że Pat O’Brien w 2011 roku dostąpił zaszczytu zastąpienia Hannemana na kilku koncertach, być może zatem duch nieżyjącego już Jeffa przeniknął go. Biorąc pod uwagę, że na przestrzeni całej kariery w stylu CC nie zaszły drastyczne zmiany, można potraktować to jako swoisty przełom lub po prostu ciekawostkę.

Nie ma większego sensu zastanawiać się czy ta płyta jest lepsza od poprzedniej „Torture”, bo w przypadku zespołu, który od samego początku działalności z tak żelazną konsekwencją podąża raz obraną drogą, takie opinie czy sądy nie mają znaczenia. Lepiej zadać sobie pytanie czy jakakolwiek z kompozycji z „A Skeletal Domain” znalazłaby się na składance „The Best of Cannibal Corpse”? Gdyby był to album dwupłytowy to kto wie, „Kill or Become”, „Asphyxiate to Resuscitate” oraz „Headlong into Carnage” prawdopodobnie miałyby szansę. Za jedno można chyba tylko zganić rezydujący na Florydzie zespół. Okładka najnowszego krążka należy do najsłabszych w ich jakże bogatej pod tym względem dyskografii. Reszta jest nienaganna.

Adam Drzewucki

Pięć