CALM THE FIRE/THE DEAD GOATS – Split (Scream Records/N.I.C. Records)

Takie płyty są jak weekendowy wyskok na lokalny koncert dobrych kolegów, fraternizacja z tymi samymi ludźmi, których widuje się na każdym gigu i towarzyszący jej doskonale znany hałas, który zawsze raduje tak samo. Życia nam to na lewą stronę nie wywróci, ale skutecznie dowiezie relaks i przypomni, po co właściwie zajmujemy się czymś takim jak muzyka. Po to mianowicie, by się cieszyć.

No to po kolei. Parę (już nie tak nowych) kawałków Calm The Fire zdaje się nieśmiało odwracać od cursed’owo-entombedcore’owych klimatów „Doomed From The Start” i zerkać w stronę skondensowanych minuta-z-kawałkiem strzałów a’la Full of Hell. Riffmaster Wojtek wciąż znajduje miejsce, by zabłysnąć patentem, który wbija się w głowę na resztę dnia, niestety pełen komfort słuchania zakłóca przegłośnienie gitar w miksie. Boss HM-2 skutecznie zakrzyczał bębny i wokalistę, choć może gitarzysta wynagradza sobie w ten sposób to, że na debiutanckim „There Is No Cure” riffy uciekły w miksie do ostatniego rzędu? Cieszy natomiast odważniejsza próba zmierzenia się z językiem polskim, który do numerów Calm The Fire pasuje idealnie i od dawna twierdzę, że nie ma potrzeby chować się za niby to uniwersalnym angielskim. „Chce mi się wyć” ze składanki „Za krótko, za szybko” pokazał, że zespół rewelacyjnie radzi sobie w polskojęzycznym sprincie na krótkich odcinkach, a „Pies” i „Niespokojny” tylko to potwierdzają. Tego poproszę więcej.Calm The Fire fot Marta Szczepańska

W przypadku The Dead Goats i ich obecnego statusu cieszy już sam fakt ciągnięcia przez nich tego wózka na tyle, na ile się da. To w końcu jeden z najfajniejszych zespołów w swojej klasie – ci, którzy w spraną modę na „szwedzkie retro” tchnęli ducha punkowej bezpretensjonalności. Ich standardowy „zestaw splitowy”, czyli dwa parominutowe utwory autorskie i jeden zajumany klasykom, to tym razem jakby mniej dismemberowej melodyjności z późniejszych płyt Szwedów, a więcej twardej jazdy z „Like An Ever Flowing Stream”. Jak przystało na mistrzów koweru, „Tools Of The Trade” Carcass w koźlej interpretacji z godnością dźwiga wielkość oryginału.The Dead Goats

Słucham tego splitu i w duchu śmieję się z czasów, kiedy jako nastolatek ekscytowałem się muzyką „chłopaków z plakatów”. Zespoły były wówczas niedosiężnymi idolami, z którymi można było łączyć się jedynie za pośrednictwem przegranej kasety, wywiadu w papierowym miesięczniku i własnej wyobraźni. Znajomość z muzykiem czy choćby przywilej podania mu ręki były wówczas jak z innego świata. Internet mocno te dystanse skrócił i przyczynił się też do zmiany mentalności obu stron, bo praktycznie nie ma już barier między artystami a fanami. No i wszyscy trochę dorośliśmy. I choć da się bez tego żyć, to fajnie jest się cieszyć dobrą  muzyką, za którą stoją ludzie, z którymi łączy nas jakieś mentalne porozumienie. Cieszy mnie ta lokalność. Tak zwyczajnie, po ludzku miło się lubi i zespół, i tych, którzy go tworzą. I miło się mówi bez wymuszonej kurtuazji „dobra robota, panowie, czekam na więcej, do zobaczenia na koncercie”.

Bartosz Cieślak

Pięć