CALM THE FIRE – There Is No Cure   (No Sanctuary Records)

Punk rock zatoczył koło. Kiedyś był brzydki, zły, miejscami obleśny. Miał wytrącać z równowagi drobnomieszczańskie środowisko, pluć im do pełnych talerzy. Bywało z tym różnie, dość, że stał się –  jak każdy gatunek muzyki na pewnym etapie – dobrze skrojonym na promocyjne potrzeby produktem. Bunt został ubrany w błazeńskie szaty. Na szczęście, w ostatnich latach do głosu znowu dochodzi prawdziwa natura tej muzy. Trójmiejski Calm The Fire to właśnie przykład takiego bezkompromisowego traktowania podziemnej sztuki. Chłopaki rzucanie się na instrumenty opanowali po mistrzowsku.

Troszkę ten materiał przeleżał na półeczce, ale mimo kilku miesięcy na karku, nadal jest świeży, zadziorny i pokazuje nowe trendy na hc scenie. Calm The Fire w początkach kariery zaczepił o zmetalizowany hardcore, jednak już na przedostatnim materiale „Blackout” do głosu doszła brudna, punkowa dusza. Fascynacje skandynawskim death’n’rollem, współczesną odmianą crusta, czyli d – beatem i nieco noise’owymi odjazdami jest słyszalna od pierwszych dźwięków.

Na płycie dominują głównie szybkostrzelne karabiny w postaci „Swallow Poison”, „Real Lies”, „Crowd Control” czy „The Citizens Nightmare”. Ciekawym zabiegiem są gitarowe rozjazdy, które w zestawieniu z prującą do przodu sekcją robią w kilku miejscach niezłe wrażenie. Wymienione numery są w moim mniemaniu dość jednorodne, jednak nie jest to bynajmniej wadą – ich zwarte formy, oparte o patenty ze skandynawskiej szkoły fajnie jadą a zespół potrafi ciekawie je złamać, czy to za sprawą dysonansów brzmieniowych (zamiast typowego riffowania fajne, zgrzytliwe rozjazdy z upodobaniem stosowane przez gitarzystę…) czy za pomocą odpowiednich zwolnień – tu szczególnie dobre wrażenie robi kawałek tytułowy, w którym zespół sprawia wrażenie naprutego adrenaliną redecka, któremu lepiej w drogę nie wchodzić; w środku tego numeru pojawia się straszliwy, mocarny dół. Wspomniałem o noise’owych fascynacjach CTF – w wydaniu szybszym słyszymy to wyraźnie w fakturach „Drowning In Shit”. Z kolei dwa utwory, które nadają zdecydowanie innego tonu płycie to miażdżący instrumental „Epitaph”, gdzie zespół składa głęboki ukłon w stronę sludge metalu i bardzo dobrze rokujący na przyszłość, zagrany zapewne po odpowiedniej dawce elektrowstrząsów „The End”, będący w istocie trzyminutowym, gitarowym odjazdem, mogącym przyprawić o ból zębów.

Spójności płycie nadaje znakomite, jak na taką muzykę, brzmienie. Bardzo surowe, wręcz monofoniczne, bez szerokiej panoramy, jeszcze bardziej potęgujące wrażenie wszechogarniającego brudu. Dokładnie tak powinno być.

Calm The Fire nie odkrywają na tej płycie niczego nowego, jednak delikatnie sygnalizują kilka kierunków, które będą zapewne w przyszłości badać. A ja dodam od siebie – mniej d – beatu, więcej sludge i noise rocka i sugerowany powrót do kompaktowego nośnika (płyta ukazała się jedynie w formie mp3/winylowej…). Trzymam kciuki!

 

Arek Lerch