CALM HATCHERY – Sacrilege Of Humanity (Selfmadegod)

Polska scena death metalowa to fenomen, który już niedługo będzie przedmiotem poważnych opracowań naukowych. Termin Polish Death Metal już jest uznawany za zupełnie autonomiczny zwrot i chyba żaden fan death metalu na świecie nie ma co do tego wątpliwości. Tak myślę… Szlaki zostały przetarte przez Vader, Behemoth pogłębił te ślady a tuż za nimi czają się kolejne zespoły, żądne, by uszczknąć choć kawałek z tego coraz mniejszego, ale jednak nadal smakowitego tortu.

Calm Hatchery to załoga, która z niebytu wyłania się z nowym, drugim materiałem. W stosunku do poprzedniego krążka „El Alamein” słychać bardzo duży, wyraźny i w sumie zaskakujący progres. Czy jednak zespół ma do powiedzenia coś na tyle indywidualnego, że możemy ich uznać już za nowych proroków zagłady i ekstremy? To pytanie pozostawiam słuchaczom, zaś ze swojej strony mogę dodać jedynie, że materiał, jaki stłoczony został na nowej płycie, to death metal najwyższej próby. Choć jednocześnie bardzo mocno trzymający się ram gatunkowych. Z jednej strony muzyka Calm Hatchery może podobać się maniakom staroci, bo słychać w niej wyraźnie spuściznę metalowego świata, jest grobowy riff, gnijący anioł, nieświęty kult i kanibale. Jak w zwierciadle odbijają się tu patenty, które dla każdego fana metalu śmierci są katechizmem w codziennym znoju. A nowości? Być może będzie to bardzo przestrzenna, potężna i zmasowana produkcja (Hertz…), która kojarzy się z sposobem realizacji mr. Erika Rutana, może wyraźniejszy nacisk na aranżacyjne niuanse kompozycji. Czyli same plusy. Techniczne grupa prezentuje poziom pierwszoligowy. Kiedy uderzył we mnie kawałek „Messerschmitt”, zostałem zmiażdżony. Ta szybkość, blasty, precyzja i nawałnica dźwięków mogą się podobać. Podobnie znakomicie wypadają „Mirror Giants” (niebanalne bębny Radka Szczepańskiego znanego z TeHaCe…) czy rozbudowany „Lost in the Sands”, gdzie Calm wyraźnie zaznacza, że nieobce mu są dokonania Nile. Inna sprawa, że nad całą płytą unosi się delikatnie duch Sandersa, dodając muzyce Polaków lekko mistycznej nutki, w czym skutecznie pomagają intro, outro i okładka. Żeby nie było tak jednoznacznie, „The Blood of Stalingrad” tematyką i muzycznym ciężarem plasuje się tuż obok dokonań Holendrów z Hail Of Bullets. Przy okazji  zespół mierzy się też z nieco teatralną stylistyką, wplatając w utwór quasi – symfoniczne zagrywki czy fragmenty archiwalnych przemówień wodza III Rzeszy. W tzw. międzyczasie, dla odpoczynku, mamy mielący w wolniejszych tempach (trop Immolation jak najbardziej wskazny…) „Hymn of the Forgotten”.

Było tak miło i padło tyle słodkich słów, że czas zobaczyć sprawę z innej strony. Bo i mam tu coś do zarzucenia. Głównie, wspomniane już, godne szacunku, ale też i skarcenia, maniakalne przywiązanie do gatunkowych klisz. Takie dosłowne trzymanie się schematów może troszkę razić, choć trzeba przyznać, że zespół korzysta ze zdobyczy innych w rozsądny sposób.

W sumie, z tej konfrontacji Calm Hatchery wychodzi obronną ręką, mam jednak małą uwagę – następnym razem nie będzie już taryfy ulgowej. Jedna, doskonale i do bólu death metalowa płyta wystarczy. W przyszłości może warto nieco bardziej poeksperymentować, bo warunki po temu grupa ma znakomite.

 Arek Lerch  

Cztery i pół