CALIGULA’S HORSE – In Contact (Inside Out Music)

Caligula’s Horse, Plini, Sithu Aye, Polyphia, Intervals. Wszyscy ci wykonawcy grają prog-metal. Dokładniej mówiąc – prog-metal po uszy zanurzony w nieprzebranych wodach fusion. Tych twórców, oprócz przynależności gatunkowej, łączy jeszcze zamiłowanie do cokolwiek łagodnego brzmienia gitar, które nawet przy najostrzejszych riffach zdają się poruszać słuchacza z intensywnością świnki morskiej. Wspominam akurat te nazwy, ponieważ to wokół nich kręci się cały światek quasi-jazzowego metalu progresywnego. Co zabawniejsze, wszystkie wspomniane wyżej zespoły grają podobnie, a to może sugerować hermetyczność gatunku, którego meritum jest przecież nieustanny rozwój. Na szczęście, Caligula’s Horse jako pierwsi poszli po rozum do głowy, a “In Contact” to wyraźny symbol wpłynięcia na wody szersze od tych, które wyobrażają sobie muzyczni matematycy z ośmiostrunowymi gitarami.

Caligula’s Horse już od czasów debiutanckiej płyty starali się wyróżniać na tle prog-metalowego poletka, lecz chęci niekoniecznie szły w parze z efektami. Dopiero wydane pod koniec 2015 r. “Bloom” zwiastowało poważne zmiany w muzycznych przepisach grupy z państwa-kontynentu. Bardzo wyważone, a zarazem przebojowe podejście do materii prog-rocka, śmiałe, choć subtelne nawiązania do popu – to wszystko oferował o dwa lata starszy poprzednik “In Contact”. Niezmiernie ucieszyłem się po pierwszym odsłuchu nowego wydawnictwa Australijczyków, gdy ponownie zetknąłem się z masą hitów zmieszczonych w ramach prog-metalowego kunsztu. O ile “Bloom” ukazywało Caligula’s Horse jako odważnych twórców, o tyle “In Contact” jest poważną oznaką wyswobodzenia się z prog-metalowego getta. Nie sugeruję, że zespół postawił na eksplorację prostych form, udowodnił jednak, że żadne szufladki nie są dla niego ograniczeniem. Czwarta płyta podopiecznych Inside Out to luźny lot z gniazda metalu progresywnego, przez wezbrane wody fusion, aż po post-metalowy skarbiec melodii. Melodie są niesłychanie ważnym elementem układanki o tytule “In Contact”. Zespół wcale nie spycha ich do roli średnio istotnego ornamentu kompozycji, lecz spaja z tkanką cyrkowych sztuczek instrumentalistów. Proszę się nie obawiać – wielokrotnie złamane rytmy, nieparzyste metrum i dopieszczone w pocie czoła solówki to esencja “In Contact”, aczkolwiek operowanie całą gamą przyswajalnych melodii również. W końcu mamy tutaj i nieomal smooth-jazzowy oniryzm, i rozbuchanie godne fusion, a nawet echa elektroniki jasno celujące w  nowoczesne odmiany popu. Nawet ci, którzy na “ambitny metal” kręcą nosem, znajdą tu coś dla siebie. I wszystko przez te melodie. Od świetnie ułożonych partii wokalnych w “Dream the Dead”, po swobodnie falujące “Hands are the Hardest”, czy zabarwione opethowskim “Damnation” z gitarami akustycznymi na pierwszym planie. Oczywiście, nie zawsze łatwo jest uniknąć przesytu, zwłaszcza w takiej odmianie metalu. Momentami Caligula’s Horse chcą zbyt wiele w zbyt krótkim czasie i dlatego rozhuśtane w każdym kierunku “Graves” może przytłoczyć słuchacza. Zarówno ponadnormatywną długością (17 minut), jak i nagromadzeniem pomysłów, których jest zwyczajnie za dużo.BAND

Mimo tej drobnej wady najnowszej płyty Caligula’s Horse słucha się bardzo dobrze. Zarówno dopracowany szlif prog-fusion-metalu, jak i subtelny dryf po zakamarkach rockowo-popowego anturażu dobrze ze sobą współgrają. Mam wrażenie, że ta płyta pomoże Australijczykom w dotarciu do dużo szerszej grupy słuchaczy, niż ta, którą muszą zadowolić się teraz. Życzę im tego z całego serca.

Łukasz Brzozowski

Pięć