BUTTERFLY TRAJECTORY – Astray

Złośliwość rzeczy martwych dwukrotnie zmusiła mnie do napisania tej recenzji. Co więcej, celowo odraczałem kontakt z Butterfly Trajectory z racji na mnogość płyt i innych zobowiązań. Nie do końca był to błąd, choć z jednej strony, trochę żałuję, że wcześniej nie „jarałem się” „Astray”, ale z drugiej, teraz w okresie wakacyjnym, kiedy premier jest mniej, mogę na spokojnie wsłuchiwać się w ten zaskakująco dobry, dojrzały i zdecydowanie wybijający się ponad przeciętną materiał.

Panowie lawirują na granicy progresywnego death metalu i wszystkiego co „post”, momentami zbaczając na kurs znany z płyt Baroness i Mastodon, co jak do tej pory jest tylko i wyłącznie moim wymysłem („None of Us Remembers Way Back”). Poznaniacy raczą nas tylko dziesięcioma minutami muzyki – ale za to jakiej! Biorąc pod uwagę praktycznie znikomą konkurencję, nieznane losy Broken Betty i Merkabah oraz bielskiej Moanaa, bardzo szybko staną się czarnym koniem polskiej sceny muzycznej. Grają muzykę inteligentną, brutalną, ale bardzo przestrzenną. Nie tak rozbudowaną i gęstą jak Blindead, nie tak surową jak post-black metalowcy z Thaw, ani nie tak piękną jak warszawiacy z Tides From Nebula; a jednak zwolennicy wszystkich powyższych, krajowych zespołów z kopyta polubią Butterfly Trajectory. Jest to zasługa po pierwsze i zarazem wtóre: doskonałego brzmienia, nad którym pieczę sprawował wiadomy chrześcijanin z Aurora Studio, potężnego growlu wiodącego tutaj prym i będącego doskonałym kontrastem dla bardzo pogodnych czystych wokali (przyznać się – śpiewa Piotr J. czy Piotr Ż?), a ostatecznie, bardzo dojrzałego podejścia do komponowania w duchu „mniej znaczy więcej”. Ilość dźwięków na „Astray” jest bardzo przystępna, a ogólne tempo kompozycji (bynajmniej nie podyktowane ramami gatunkowymi) pozwala na to, aby wyłapać wszystkie brzmieniowe smaczki jak i zarazić się, nazwijmy to, „klimatem”.

Generalnie jest moc. Życzę dealu z Peaceville.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery i pół