BURZUM – Umskiptar (Byelobog)

Biorąc na wzgląd vikernesową nadprodukcję możemy chyba pomachać na do widzenia nie tak odległym czasom, gdy nowe płyty Burzum omawiane były w kategorii „wyczekiwanego wydarzenia”. Pan hrabia na dobre nabrał animuszu, i tak w ciągu kilku miesięcy otrzymaliśmy tragiczny składak nagranych na nowo klasyków oraz faktycznego następcę „Fallen” – płyty, oględnie mówiąc, kontrowersyjnej. Jeśli nawet komuś podobały się mruczanda i ogólny cieplarniany wydźwięk tejże, wróżę spore problemy trawienne przy konsumpcji „Umskiptar”, który jest albumem równie odważnym (tak, tak) co nieudanym.

Umskiptar” od biedy dałoby się wybronić jako składak lepszych („Alfadanz”) i gorszych („Hit helga Tré”, „Aera”) odpadów z sesji nagraniowej poprzedniego albumu, gdyby płyta kończyła się na piątym kawałku i była taką EPką – dodatkiem w dyskografii, który nie zepsułby nadto ogólnego dobrego wrażenia. Brakuje co prawda tych wyrazistych kompozycji i zadumanej chwytliwości, którymi bronił się „Fallen”, ale przepadłaby zapamiętana najwyżej jako mało udane pociągnięcie tematu poprzedniczki. Prawdziwy dramat rozgrywa się od piątego utworu w górę, gdzie vargowe ambicje, by zostać prawdziwym ludowym bardem z przesterowaną gitarą, galopują niby to dziewczę z okładki, a przytroczone do siodła nieprzytomne dziecko symbolizuje zapewne bombardowanego nimi słuchacza. Zadumany black metal stopniowo ustępuje pola niemiłosiernie rozwleczonym nibyfolkowym kołysankom, ubarwionym rzeczoną gitarą i wokalnymi popisami Grishnacka. Sęk w tym, że z pana hrabiego taki skald, jaki i woj na towarzyszącej płycie sesji zdjęciowej, czyli bosy przebieraniec o aparycji wioskowego głupka. Już same utwory można dyplomatycznie określić jako „niedopracowane”, ale choćbym wykrzesał z siebie całą dobrą wolę i szacunek dla przeszłych dokonań Burzum, nie potrafię choćby przyzwyczaić się do odgłosów, które Varg emituje otworem gębowym. Niestety, artysta uparł się, by śpiewać, więc perwersyjnie urocze mamrotania z „Fallen” rozkwitają tu do rozmiarów niekończących się natchnionych zawodzeń i idiotycznie brzmiących melorecytacji, których słuchanie przypomina podróż tramwajem z całym legionem śniadych akordeonistów. To właśnie wokale są największym problemem tej płyty, a ich śmiertelna powaga i zacięcie z Festiwalu Piosenki Aktorskiej wynoszą „Umskiptar” na zupełnie nowy poziom śmieszności.

„Umskiptar” jest dużo ciekawszy, gdy ugryźć go jako pewne zjawisko niż jako dzieło samo w sobie. Nie mam tu na myśli kierunku, w jakim podąża muzyka Burzum – to akurat nie powinno dziwić nikogo, kto pamięta płyty z ery penitencjarnej i to, z jak ciepłym przyjęciem się spotykały. Ciekawe jest to, że bodaj po raz pierwszy Varg zapędził się tam, gdzie materia przerosła ducha. Vikernes – wybaczcie truizmy – będąc obiektywnie słabym instrumentalistą, od zawsze stawiał na oryginalną wizję, która idealnie przykrywała wszelkie mankamenty. Tymczasem folkowo-melancholijne zacięcie „Umskiptar” ujawnia przede wszystkim ubogi warsztat, mizerny wokal i brak wyczucia formy, z jaką zmierzył się samorobny skald. Smutna prawda jest taka, że tytan black metalu wpłynął na rafę własnych ograniczeń, z bardów najbliżej mu do Kakofoniksa, a uskuteczniany tu pompatyczny pagan metal niebezpiecznie przypomina burzumowych epigonów, którzy, mimo upływu lat, wciąż proszą Peruna o prowadzenie.

Doszły mnie słuchy, że „płyta fajna, ale pod koniec trochę nużąca”, „niezłe, tylko drugą połowę można sobie darować” i tak dalej – wszystko to brzmi jak „fajna dziewczyna, tylko mogła by sobie zęby wstawić i włosy umyć”. Nie odmawiam Vikernesowi tego, co bardzo cenię u muzyków, a więc szczerości artystycznej i świadomego oderwania od kontekstu gatunku, z którym już zawsze będzie kojarzony. „Umskiptar” jest rzeczywiście płytą odważną, na swój sposób postępową i idącą pod prąd oczekiwaniom fanów, nieustannie łaknących drugiej części „Det Som Engang Var”. Taka postawa warunkuje jednak, że czasem szuka się po omacku, a czasem zalicza potknięcia. „Umskiptar” nie jest zły z założenia, ale nie ma co czarować się, że to dobra płyta, jeśli trzeba przez nią brnąć i wyłączać przed końcem. Odpocznij, dzielny woju, kiedy Breivik kupi sobie do celi klawisze, czas ci będzie do Valhalli.

Bartosz Cieślak