BURNINGHOLE – Cøaxial (Muic Is The Weapon)

Tczew. Coś mi to mówi, ale – przyznaję bez bicia – gdyby nie wujek Google, miałbym problem ze wskazaniem na mapie. Z Internetem wszyscy jesteśmy znacznie mądrzejsi. No więc Pomorskie. I jakoś mnie to nie dziwi. Nie słyszałem w tym roku jeszcze słabej płyty znad morza. Nagrobki? 10/10. Lonker See? Podobnie. Salviction? Też super. Burninghole? Jeszcze lepiej.

„Cøaxial” to leniwa, wolno snująca się opowieść. Pełno tu hipnotycznych rytmów, nakładających się na siebie dźwięków oraz – tak po prostu – ładnych melodii. Są one nieco zamglone, transowe i raczej usunięte w cień. Jest też wokal, – rozmyty, senny – który pełni rolę jeszcze jednego instrumentu. Paweł Plotta – bo Burninghole to jeden człowiek – świetnie połączył ambientowe i shoegaze’owe struktury z popową (chociaż bardziej pasuje określenie dream popową) chwytliwością. No jasne, nie są to utwory do śpiewania pod prysznicem, ale niewątpliwie wbijają się one w pamięć i chodzą po głowie.
Oprócz takich najbardziej oczywistych odniesień do shoegaze’owej klasyki, pobrzmiewają tu też echa kilku innych wykonawców. W „Novocaine Blues” – który chyba jest najbardziej piosenkowy – słyszę, choć może to wynikać z tego, że ja Josha Homme’a bardzo lubię, Desert Sessions. Wyobrażam sobie, że lider Queens Of The Stone Age do spółki z kolegami mogliby coś takiego nagrać. Te rozedrgane gitary, mgliste melodie, rozmyte wokale – bardzo psychodelicznie to brzmi. Bardzo w stylu tamtej ekipy – chociaż oni pozostaliby raczej przy bardziej oszczędnej formie. Ale generalnie – tak właśnie brzmiałby Josh Homme nagrywający shoegaze.Burninghole obraz

„Cøaxial” jest bardzo zróżnicowany. Po wspomnianym wyżej, piosenkowatym „Novocaine Blues”, dostajemy porcję gruzu – apokaliptyczne „Divide, detach, disentangle” – tu już o wyraźnym rytmie czy melodii nie ma mowy. Niepokojąco brzmiąca ściana dźwięku. To też chyba najmniej „przyjemny” moment albumu, bo – generalnie rzecz biorąc – „Cøaxial” jest całkiem przystępny, co uważam za jego wielką zaletę.  Nie będę ukrywał, że nie jestem wielkim fanem shoegaze i tym podobnych. Jasne, zachwycałem się 2 lata temu fińskim Kairon; IRSE!, a do ich płyty nadal lubię wracać – jestem też fanem Have a Nice Life, a swego czasu spore wrażenie zrobiły na mnie te klasyczne płyty My Bloody Valentine czy Ride, ale nie przypominam sobie, aby cokolwiek od czasu wspomnianego Kairon; IRSE! zrobiło na mnie wrażenie, jeśli chodzi o tę stylistykę. A „Cøaxial”, cholera, ma w sobie to coś. To strasznie relaksująca płyta, i uzależniająca. Chociaż senna i leniwa – nie nudzi. Lepszego shoegaze’u z Polski w tym roku nie usłyszycie.

Paweł Drabarek

Cztery i pół