BULLET FOR MY VALENTINE – Temper Temper (Sony Music)

Znakomita większość czytelników Violence, jeśli nie wszyscy, raczej ma gdzieś metalcore i jego pochodne, a bardziej mainstreamowe zespoły tym bardziej. Nie zmienia to jednak faktu, że premiery takie jak Bullet For My Valentine nie mogą przejść zupełnie bez echa, a to, jak się okazuje, tym razem będzie bardzo ale to bardzo negatywne.

Pomijając już moje osobiste fascynacje nurtem, „Temper Temper” jest po prostu dnem i to, co panowie zawarli na tym albumie woła o pomstę do nieba i przynajmniej tysiąc lekcji pisania dobrych kompozycji u kolegów z Trivium. Albo, nie – żeby daleko nie szukać –  Anterior lub Sylosis. I dziwi mnie to, bo mimo wszystko, to, co prezentowali jeszcze do „Scream, Aim, FIre” miało nie tylko ręce i nogi, ale sporo dobrych, łatwo zapamiętywanych riffów, masę świetnych melodii i ciekawie zaaranżowane wokale. Potem z Brytoli uszła para i wkurwienie, no i stało się. Na świat wyszło „Fever”, a teraz, po kilku miesiącach prac w tajlandzkim studiu nagrań (sic!) na świat wychodzi twór, który, choć zapowiadany szumnie jako ciężki, mroczny, brutalny i przełomowy, jest papką dla  kompletnie niewymagającego odbiorcy.

Nie ogarniam tego, bo panowie już nie raz udowadniali, że prócz co najmniej dobrego opanowania instrumentu, mają wystarczająco dużo talentu by łączyć starsze i młodsze pokolenie słuchaczy – a tu nagle klapa, klops i w dodatku, nieszczęsna, bo zbyt podobna do pierwowzoru, druga część „Tears Don’t Fall”.

Panowie, dajcie nam żyć. I zrezygnujcie z plastikowego brzmienia bębnów.

Grzegorz „Chain” Pindor 

Jeden