BULLET BELT – Divided Youth (0-22 Records)

Polska młodzież śpiewa polskie piosenki.. A ch… nie polskie piosenki! Śpiewa i gra thrash metal. A w zasadzie crossover. Jeśli ktoś myśli, że SSS i Municipal Waste są najlepszymi retro – załogami, łączącymi hardcore, punk i thrash, ten głupi. Najlepszy jest Bullet Belt.

 

Na początek miła informacja dla wszystkich zakręconych miłośników formatów wydawniczych – „Divided Youth” ukazała się w limitowanym, kasetowym wydaniu, co więcej, z kilkoma wersjami okładki. Co może dziwić, choć założenie było pewnie proste – stworzyć rarytas. Udało się. Muzyki słucham w formacie mp3 (zespół zamieścił cały materiał na bandcampie…), zaś taśmę gniotę sobie w łapkach, bo przecież ostatni kaseciak odszedł wraz z utraconym dziewictwem…

Do rzeczy. Przede wszystkim sprawność. Miałem okazję usłyszeć zespół na żywo i energia, jaką generują na scenie, techniczna biegłość i bezpretensjonalna żywiołowość dosłownie – przepraszam za kolokwializm – rozpierdalają! Ten zespół to żywioł, żywioł i zniszczenie. Bardzo dobre, dopracowane kawałki są przykładem, jak można starą muzykę reanimować, dokładając do niej współczesne opanowanie instrumentów i punkową furię. Reanimacja odbywa się za pomocą metody znanej z „Martwicy Mózgu” – zarażamy a potem jest już tylko gore i coraz szybciej kręcąca się karuzela. To przykład idealnie wyważonego crossovera, w którym pobrzmiewa samo dobro, jakie zapamiętaliśmy z klasycznych, thrash’owych płyt; jest slayerowy riff i punkowa perkusja (nafaszerowana tremolami podwójnej stopy, a jakże!). W zasadzie zespół nie kryje faktu, że z jednej strony jara się taką muzyką, ale z drugiej ciągle puszcza do nas oko. „Right To Die” to rewia riffów, od Metalliki po DRI, zagranych w obłąkanym tempie (tak z australijska, jeśli wiecie, co mam na myśli…), nie wiadomo, czy machać głową, czy raczej wpaść w mosh, bo zespół z jednej strony nawołuje do skakania, z drugiej całkiem serio przywołuje najlepsze czasy starego, dobrego metalu (peruka na głowę i kręcimy młyny!). Potem patrzymy we wkładeczkę i widzimy rysunkową podobiznę Kostrzewskiego… I jak tu do Was, panowie, podchodzić? Kpina czy nie? Na szczęście, wszystkie tego typu dylematy rekompensuje jakość tej muzyki i fakt, że numery zostały potraktowane z punkową powściągliwością – najdłuższy ma nieco ponad 3 minuty. Przy sześciu kawałkach nudzić się nie będziemy…

Bullet Belt to obok Świniopasa esencja nowego – starego (niepotrzebne skreślić…) crossovera i przewrotne potwierdzenie, że cały ten metal, punk, thrash i death mają jeden i ten sam korzeń, zaczynający się gdzieś w zamierzchłych latach 80 – tych. Swoją drogą, dokąd nas ta archeologia w końcu zaprowadzi? Z pełną premedytacją daję wysoką notę, odejmując nieco za karę, że panowie nie pomyśleli o mnie i nie wydali chociaż jakiegoś limitowanego kompakta…

Arek Lerch