BUDZY&TRUPIA CZASZKA – Mor (MMP)

Tomasza Budzyńskiego przedstawiać nikomu nie trzeba. Muzyk, poeta i malarz, najlepiej kojarzony z zespołem Armia, wrył się złotymi zgłoskami w kanony polskiego rocka i punka. Armia nigdy nie była normalnym zespołem punkowym, a w ostatnich czasach, z tego ostatniego zostały co najwyżej ideały, zaś muzyka podążyła w stronę jazzrockowych szaleństw. Kto by pomyślał… Jeśli komuś mało czadu, warto sięgnąć po „Mor”, bo na tej płycie Tom powraca do hałasu i to raczej tego bardziej ekstremalnego. Być może dla kogoś będzie to jakiś dziwaczny eksperyment, jednak trzeba przyznać, że nowa płyta Trupiej Czaszki to kawał bezkompromisowego gówna, które może się podobać, albo wręcz przeciwnie…

Naturalna potrzeba człowieka do „dawania czadu” zazwyczaj ma jeden kierunek – zaczyna się od chaosu i ekstremy, w miarę nabierania doświadczenia i dorastania preferencje się zmieniają, co zazwyczaj skutkuje łagodzeniem muzycznego oblicza. Biorąc pod uwagę taką teorię, Tomasz Budzyński powinien dzisiaj grać jazz. I tak właśnie jest. Problem w tym, że jednocześnie potrafi spłodzić takie płyty jak „Mor”, które są powrotem w najczarniejsze, najbrutalniejsze rejony hardcore’a i punka, wspomaganego niemal grindową intensywnością przekazu i d – beat’ową energią. Tomek w wywiadzie zarzeka się, że w zasadzie takiej muzyki nie słucha, dlatego trudno szukać w tym co znalazło się na „Mor” jakichś konkretnych inspiracji. Uszanujmy zatem jego słowa i darujmy sobie wygrzebywanie korzeni tych okrutnych hałasów…

„Mor” można rozpatrywać na dwa sposoby – oddzielając ciało od kości, czyli słowa od czadu, albo jako organizm symbiotycznie związany, mający siłę huraganu. Wydaje mi się, że w tym przypadku znowu zgodzę się z Tomem, sugerującym, że słowa nie powinny być interpretowane, ale doświadczane, często w oderwaniu od literalnego znaczenia. Także wokalizy Toma są tu istotne, bo obok charkotliwych wrzasków mamy piękne zawodzenia, niemal mantrowe fragmenty, które potrafią zahipnotyzować powtarzanymi, dziwnymi i niepokojącymi  zwrotami. W takim kontekście płyta „Mor” jest jednym, wielkim uderzeniem, dawką surowej energii, powrotem do korzeni, choć wyraźnie – czy to szczęście i przypadek – nawiązującą do kilku modnych gatunków, co zasadniczo oryginalne może być głównie w kontekście omawianych tu twórców. Bo znaleźć w tych dźwiękach można nawiązania do wszystkiego co dzisiaj w czadach i ekstremie jest popularne, choć jeśli ktoś uważnie wsłucha się w te utwory, usłyszy też wczesną Armię, choć nie tak melodyjną i nie tak wściekłą. Być może „Mor” jest odpowiedzią na współczesne życie, może owo podchodzenie lasu pod nasze zamki ma dać nam mentalnego kopniaka w ryj, obudzić i wstrząsnąć?

Niezależnie od tego, jak odbierzemy poczynania Toma, czy będziemy się o niego martwić czy też z uwielbieniem wchłoniemy dawkę hałasu z płyty, widać jak na dłoni, że nawet jeśli chodziło o bezkompromisowe uderzenie, to zaiste doświadczona ekipa płytę przygotowała. Kiedy już przywykniemy do brudnego i gryzącego dźwięku, odkryjemy całkiem sporo aranżacyjnych smaczków, rozwijających się od rytmicznych niuansów aż po gitarowe eksperymenty. Aspektem decydującym o jakości tej muzyki jest także brzmienie – monstrualnie przesterowane, potężne, choć jednocześnie doskonale ujmujące ten charakterystyczny dla garażu brud i pozorną niechlujność wykonania. Wierzę, że w tym przypadku jest to autentyczne, bo przecież panowie grać potrafią znakomicie.

I najważniejsza konkluzja – „Mor” trzeba odbierać jako całość, jednorazową dawkę adrenaliny, która może zmienić życie. Może?! Oczywiście, bo Tom nadal, po wielu latach działalności scenicznej, w swoich poczynaniach pozostaje rozbrajająco szczery, autentyczny i ciągle potrafi zaskakiwać. Słuchając „Mor” wiem, że to dzieło wynikające z potrzeby a nie premedytacji, z autentycznej chęci „dania czadu”. Udało się. Wyglądam przez okno i widzę las, wśród drzew dostrzegam mięso w czerni. Nadchodzi mor.

Arek Lerch 

Pięć