BRUTAL TRUTH – End Time (Relapse)

Nowy album amerykańskich szaleńców spod znaku zielonego liścia idealnie spełnił swoją misję – wywołał zdziwienie  u każdego – od maniaka grind core’a aż po fana death metalu. A to sztuka należna – mimo wszystko – najlepszym…

Poprzedni, reunionowy krążek „Evolution Through Revolution”, uznałem jakiś czas temu za jedno z najlepszych dzieł światowego grind core’a. Złożyło się na to kilka powodów. Po pierwsze – po wyczynach Richa Hoak’a w Total Fucking Destruction nie spodziewałem się tak zdyscyplinowanej i – powiedzmy to uczciwie – zajebiście zagranej muzyki. Po drugie, bo zawierała znakomite, jedne z lepszych kompozycji tej ekipy, w dodatku świetnie nagranych i opakowanych w niebanalną grafikę. Nadal jednak BT pozostawał przede wszystkim pieprzoną maszyną do niszczenia słuchu.

Nowa płyta jednoznacznie zadowala jedynie za sprawą ciekawej okładki. Potem już tylko i wyłącznie schody…  Bierzemy pierwszy z brzegu kawałek – na start, zamiast czegoś wyrywającego z butów, dostajemy niemal industrialnego walca w postaci „Malice”…  Na „End Time” stosunku do „ETR” panuje większy bałagan, potęgowany dodatkowo przez brzmienie, które jest mistrzostwem… brudu i zamulenia. Gdzieś w okolicach „Sound of the Animal Kingdom” Brutale już bawiły się podobnym soundem, jednak tutaj jest on wręcz monstrualny. Każdy następny kawałek wierci dziurę w głowie, boli i wytrąca z równowagi. Hałas generowany przez Brutali dawno nie był tak upierdliwy, jednocześnie mam wrażenie, że zespół chciał koniecznie znaleźć nową formułę dla swojej – powiedzmy – muzyki, dlatego testował wszystko na co tylko natrafił. Bo mamy tu sporo czystej wody noise („Butcher”), wspomniany industrial (poza openerem jeszcze „Drink Up” chociażby…), jest oczywiście punk rock, jest sporo mocno koncertowych kawałków z dobrym groovem w stylu „ Gut-Check”, jest wreszcie wspomniany chaos – „End Time”, „”58 Caliber” czy „Killing Planet Earth”. Celowo nie wspominam o grind core, bo jest on obecny w każdej minucie płyty, jednak to grind podany na sposób „brutalowy” – kapryśny, połamany i totalnie niekontrolowany. Choć owo niekontrolowanie jest przez zespół perfekcyjnie… opanowane. Konwencji wymykają się za to takie smaczki jak dwusekundowy ukłon w stronę „Scum” czyli „Trash” i zamykający zestaw „Control Room”, gdzie na podkładzie fajnie zagranych bębnów zespół przedstawia wariację pt. „co można zrobić z gitarą podłączoną do wzmacniacza”.

Brutal Truth pozostaje sobą, gra we własnej lidze i nie przejmuje się tym, co powiedzą inni. Nie wiem, na ile ta płyta jest przypadkowym zbiorem riffów i rytmów, na ile przemyślaną i obliczoną na zdezorientowanie słuchacza perełką w dyskografii. Czasami płyta mnie odrzuca, jednak cały czas do niej wracam i próbuję ugryźć z innej strony. Choć na razie bez zrozumienia a jedynie ze zdziwieniem. Dlatego tym razem daruję sobie ocenę punktową, bo doprawdy nie wiem, w jakich kategoriach „End Time” recenzować. A może właśnie ta dezorientacja świadczy o geniuszu drzemiącym w ekipie pana Hoak’a? Kto wie…

Arek Lerch