BRUNO ŚWIATŁOCIEŃ – Czerń i Cień II (New Experimental Art)

Mroczna muzyka ma w naszym kraju długą historię, problem w tym, że myśląc o smutnych dźwiękach, zazwyczaj widzimy groteskowy, odziany w falbanki gotyk, ewentualnie smutnych metalowców z parapetem i kulawym perkusistą. Nieco zmian w tym temacie, tudzież – paradoksalnie – światła, wniosła odgrzana fascynacja Joy Division i nowofalową spuścizną lat 80 – tych, co przekłada się na ciekawsze wypowiedzi w temacie smętnych dźwięków. Nad Wisłą pojawia się coraz więcej zespołów, których słucham bez programowego zażenowania. Dobrym przykładem jest nowa płyta Bruno ŚwiatłoCień.

Wyjaśnić sobie trzeba od razu na wstępie, że nie mówimy o jakimś objawieniu czy specjalnie oryginalnym, nowatorskim spojrzeniu na klimatyczne granie. Bruno ŚwiatłoCień stara się raczej za pomocą minimalistycznych środków wykreować własną, wiarygodną przestrzeń, do której zaprasza odważnych. Jeśli już zdecydujemy się w ten świat wkroczyć, musimy pamiętać o kilku sprawach. Po pierwsze – będziemy mieć do czynienia z dołem totalnym. Przyznam, że dawno nie słyszałem tak ponurej i smutnej muzyki. Każdy dźwięk emanuje rozpaczą, znużeniem i beznadzieją. Szarość, zło, zgliszcza i ciemność – brzmi to strasznie pretensjonalnie, ale taka jest ta płyta. Efekt osiągnięto min. przez wolne, hipnotyczne tempa; tu nikt się nie spieszy, raczej cedzi każdy dźwięk. Długość utworów powoduje, że obcowanie z płytą przypomina upiorny marsz przez spaloną ziemię. Nawet, jeśli jesteśmy przygotowani na takie doznania, gdzieś tam rodzi się irytacja, co, jak mniemam, jest efektem jak najbardziej oczekiwanym. Fajnie wypadają oszczędne płaszczyzny instrumentalne; momentami minimalizm może kojarzyć się ze stylistyką post – industrialną. W odniesieniu do Bruna pojawiały się w przeszłości określenia typu shoegaze, jednak na tej płycie, poza wspomnianymi, żółwimi tempami, nic o takim powinowactwie nie przypomina. Szybciej można wychwycić elementy charakterystyczne dla krajowej, nowej fali z lat 80 – tych, a w kontrze stoją ciekawe, poetyckie wizje lidera, choć jeśli ktoś szuka czegoś optymistycznego, lepiej niech tekstów nie czyta. Skoro przy interpretacjach wokalnych jesteśmy – na komplement zasługuje ekspozycja tekstów, dobrze współgrająca z monumentalną i zawieszoną w przestrzeni muzyką. Wszystko ładnie, ale jeśli ktoś ma skłonności do depresji, powinien płytę omijać szerokim łukiem.Bruno2

Album startuje dwoma, moim zdaniem, najciekawszymi utworami „Czerń i Cień” i „Powiew Morza” – przestrzeń fajnie uchwycono w klamry transowej rytmiki, zespół precyzyjnie dawkuje dźwięki, które tworzą fajny szkielet dla błądzącego głosu Ehrlicha. Co ciekawe, momentami można podciągnąć muzykowanie Bruna pod „post – division’ową” manierę indie („Psychoblues”) a „Pieśń 3” ze swoim rozciągniętym w czasie minimalizmem ociera się o post rock. Słychać, że panowie musieli przyglądać się produkcjom 4AD i potrafią doskonale wyważyć aranżacje. Jeśli ma być nuda, to jest to zabieg celowy, wszystko dawkowane jest z aptekarskim znawstwem i dbałością o zimny charakter muzyki. Najważniejsze jest jednak to, że „Czerń i Cień II” to dramaturgiczna całość i rozdrabnianie płyty na poszczególne utwory nie ma sensu. Czego zatem potrzebujemy? Przede wszystkim – czasu, żeby strawić całość za jednym podejściem. Nie łudźmy się – to nie jest letnia muzyka dla każdego. I akurat ten swoisty elitaryzm bardzo mi do Bruna pasuje.

Arek Lerch

Cztery i pół