BROOKS WAS HERE – s/t

Warszawska, debiutująca kapela wymyśliła sobie bardzo fajną nazwę – bo kto dziś nie pamięta „Skazanego na Shawshank”?! Ok., pamiętają też o nim mieszkający w Oakland imiennicy warszawiaków…  Dzięki takiej nazwie i dobrej, nieco rebelianckiej okładce mają nasi rodacy w kieszeni spory atut, choć to dopiero początek ich drogi. BWH zabiera nas – znowu! – w nostalgiczną podróż dwie dekady w przeszłość…

 

Wiek recyklingu w rozkwicie. Próby stworzenia czegoś nowego przypominają sadzenie drzewa w lesie pod Mławą w nadziei, że wyrośnie baobab. Problem z przetwarzaniem odpadów polega na tym, że można bezmyślnie składać klocki, ale także odzyskiwać z tych pozornie wyświechtanych elementów najwartościowsze komponenty i budować coś, co można uznać za oryginał.

Gdyby Brooks Was Here zadebiutowali, dajmy na to, w 95 roku, dzisiaj ich płyta byłaby przebojem na Shiny Grey Monotone. A tak, co najwyżej garstka fanatyków, zakochana, jak niżej podpisany, w muzyce z lat 90 – tych zgotuje warszawiakom owację na stojąco. Być może nie powinienem się tak emocjonować debiutantami, zachowując zimny, dziennikarski dystans, mam jednak gdzieś konwenanse i z radością obwieszczam, że dryfujące po obrzeżach polskiej sceny alternatywnej towarzystwo z Plum i Turnip Farm na czele wzbogaciło się o kolejnego, niezłego wykonawcę. Płytka składa się z sześciu kawałków, sprawnie zarejestrowanych przez Marcina Klimczaka (Black Tapes) w Mustache Ministry Studio – celowo podaję namiary, bo produkcja, surowa i bardzo naturalna, może skusić wielu amatorów pocenia się nad instrumentami.

Do jakich inspiracji przyznają się muzycy, wiem, ale mam też swoje typy. Kiedy słyszę „Frames of War” czy wzbogacony o żeński wokal „Post War Love Kamp”, od razu moje myśli wędrują w stronę Sonic Youth – podobne są harmonie i gitarowe rzeźbienie. Zresztą Majkel to niekwestionowany bohater tej płyty – jego popisy nie mają nic wspólnego z tradycyjnym „riffowaniem”. Jest za to dużo dysonansów, fajnego brudu, zgrzytów i typowych dla chicagowskiej alternatywy pętli. W tych nagraniach wyraźnie odbija się tradycja Dischordu (np. Fugazi w “Offline Breakdown”) jest pojmowanie muzyki à la Eli Janney („Invisible Hand”, „All Swindlers on Earth”). Brooks Was Here sprawnie porusza się w tej przestrzeni, tworząc motoryczne numery, oparte na chłodnej melodyce, zestawiając wokalne patenty w stylu “skrzywdzonego chłopca” z mocniejszym, post hammerhead’owym krzykiem. I choć do rodzimych, wymienionych gdzieś wyżej wymiataczy jeszcze troszkę brakuje, odnoszę wrażenie, że jeśli chłopaki nie zrażą się brakiem wymiernych sukcesów (no chyba, że zatrudnią na wokal pejtriszję kazadi czy inną „artystkę”…), za jakiś czas będą rozdawać w tej działeczce karty.

 Już dzisiaj czekam na większą dawkę muzyki, do której idealnie pasuje idiom, będący nazwą jednego z innych bohaterów tamtej epoki – mudhoney (błotnisty miód czyli…).

 

Arek Lerch