BROKEN BETTY – Broken Betty’s Original Features (Nasiono Records)

Polak potrafi. Potrafi spiąć się i mimo przeszkód nagrać muzykę. Potrafi wymyślić coś nowego  i sprytnie adaptować zgoła nie – polskie brzmienia na rodzimy grunt. Taki jest właśnie trójmiejski zespół Broken Betty. Niby znajome dźwięki a jednak podane w nowy sposób, co już jest godne podziwu. Balansując na granicy rocka, stonera i sludge, trio po raz trzeci udowadnia, że chcieć to móc. Wprawdzie nowa ep – ka na razie ukazała się tylko w przestrzeni wirtualnej, ale w odróżnieniu od setek wykonawców, traktujących wydawanie w sieci równoznacznie z olewczym stosunkiem do jakości muzyki, jest tak intensywna, głęboka i naturalna, że nie mogłem sobie odmówić przyjemności spisania kilku uwag odnośnie zespołu i jego obecnej formy…

 

Najnowsze dzieło to raptem trzy kawałki, które – co z zadowoleniem konstatuję, otwierają grupie kilka nowych możliwości. Dla niepoznaki, zaczyna się wszystko dość standardowo za sprawą „Bastard Rocket”. Potężne, niskie brzmienie, nakręcający groove, trochę – tak dla smaku – kombinowania (min. fajnie połamane bębny w drugiej części…). Solidny, zmetalizowany stoner chłopakom wyszedł i nie wątpię, że na koncertach będzie się działo. Potem jest coraz lepiej. „Everybodyshitsonmtv” przynosi kilka zaskakujących elementów. Po pierwsze, fajne stukanie Sebastiana Sawicza na początek, kojarzące się nieco z wczesnymi nagraniami Shellac. Skoro przy noise jesteśmy, mamy tu nieco stylowego łamania , zmian akcentów, jednak riff pozostaje ortodoksyjny. Jakby tego było mało, gdzieś w połowie trzeciej minuty zespół zwalnia, robi się niespodziewanie melodyjnie. Prawdziwa petarda czeka jednak na koniec – 12 – minutowy „Terminus/Freedom Out of Fire” zawiera wszystko, czego zespół nauczył się w swojej karierze. Kawałek rozkręca się wolniutko, przechodząc w stronę niemal psychodelicznego space rocka, jest też sporo doom metalu a gdzieś w siódmej minucie zespół wraca do ulubionego przez siebie, typowo stoner’owego bujnięcia. Nie ma nudy!

Broken Betty w 2012 roku prezentuje się cholernie dojrzale. Profesjonalnie, ale jednak z tym odpowiednim szaleństwem, chęcią ciągłego szukania i zabawy w  chowanego ze słuchaczem. Niby nie odkrywa niczego nowego, operując tworzywem wykorzystywanym już wcześniej, ale robi to na tyle ciekawie, że uzasadnia sens wydania tej ep-ki.  Jednocześnie zespół  sprytnie skrywa swoje prawdziwe intencje, bo doprawdy nie wiem, w jakim kierunku pójdzie na kolejnym dużym krążku; równie dobrze może to być siermiężny sludge/stoner jak i eksperymentalny space rock. Kto wie, co się wydarzy.

Arek Lerch