BROKEN BELLS – After The Disco (Columbia/Sony)

Broken Bells to duet i jako taki powinien budzić moje opory, bo lubię pełne składy, jednak tworzący zespół multiinstrumentaliści Danger Mouse (bardziej po ludzkiemu – Brian Burton) i James Mercer nie odpuścili i na swoim drugim albumie zaproponowali rasowego, stylistycznie doprowadzonego do perfekcji rocka przesiąkniętego świetną elektroniką, w którym przegląda się i tradycja amerykańskiej alternatywy, podniosłe, mjusowe klimaty a także korzenie z bluesem na czele. Oczywiście, te składniki są tak zunifikowane, że zwracamy na te niuanse uwagę dopiero po wielokrotnym obcowaniu z płytą (najlepiej w słuchawkach…). Na pierwszy plan wysuwa się bowiem ni mniej ni więcej jak PIOSENKA. I to jest słowo – klucz do „After The Disco”…

Pierwsza sprawa – aranżacyjna ekstraklasa. Trzeba być nie tylko sprawnym instrumentalistą, ale mieć przede wszystkim wyczucie, by proste w sumie utwory zagrać tak, by działo się w nich niesamowicie dużo. Oczywiście, to są drugie i trzecie plany, gdzie kotłuje się mnóstwo fajnych smaczków, które uwalniane są stopniowo i trzeba nieco czasu poświęcić na ich odkrywanie. Całość jest sprytnie zmiksowana; czasami nie wiadomo, czy gra żywy instrument, czy jakieś elektroniczne pudełko. Zazwyczaj nie lubię zbytnich, studyjnych ingerencji w kompozycje, jednak na „After The Disco” zespół zachował się jak wrażliwy chirurg i wszystko pociął tak, że absolutnie nie boli. Powstała w ten sposób płyta równiuteńka, bez słabych punktów.

Producenckie kręcenie w paru miejscach kieruje myśli w stronę The Black Keys: słychać w zabiegach aranżacyjnych i pewnej, kontrolowanej toporności (w niektórych momentach odkrywam tu przefiltrowany przez elektroniczne sito album „Era Vulgaris”…), że Danger Mouse pracował z Danem i Patrickiem przy płycie „El Camino”. Coś musi być w tych duetach, ani chybi… Broken Bells brzmi przy tym wszystkim zdecydowanie bardziej brytyjsko, szczególnie jeśli chodzi o zwroty melodyczne i traktowanie kompozycji. Pozornie proste, oszczędne utwory w miarę upływu czasu rozkwitają, ujawniając kolejne pokłady rewelacyjnie zaaranżowanych instrumentów klawiszowych i akustycznych – jestem pełen uznania, bo słuchając płyty w samochodzie i w domowym zaciszu, odcięty słuchawkami od świata, mam do czynienia z czymś w rodzaju muzycznego dr Jekyll’a i mr Hyde’a. Zestaw do różnorakiego użytku ciągle mnie zaskakuje; raz zwracam uwagę na luźną, nonszalancką niemal manierę piosenek, to znowu zachwycam się koronkowymi aranżami. Czasami słyszę w tych kompozycjach ślady żałobnej pieśni niewolników, dostrzegam skrawki archetypicznego rock’n’rolla, to znowu uśmiecham się słuchając wokalnych falsetów, których nie powstydziliby się Bee Gees a może i… Modern Talking. Takich cytatów jest tu mnóstwo – niektórych melodii mógłby zażyczyć sobie sam Homme, gdzieś pobrzmiewa maniera Bono, choć to tylko te najbardziej oczywiste skojarzenia. Po zastanowieniu dochodzę jednak do wniosku, że istotniejszy jest ten ogólny wyraz, portretujący duet jako sprawnych songwriterów, o to przecie w tzw. muzyce rozrywkowej chodzi.

„After The Disco” jest dla mnie symptomatycznym dla dzisiejszej alternatywy wydarzeniem, bo pokazuje, że nadal można w muzyce popularnej znaleźć nowe wątki i grzebiąc w dźwiękach zachować  przystępność i przebojowość formy. Duet z Los Angeles, choć nie unika wycieczek do przeszłości (wprawne ucho wychwyci parę muśnięć lat 80 – tych…), jest nieodrodnym dzieckiem XXI wieku – miesza, szuka i dobrze się bawi. Ma jednak iskrę, powodującą, że ich zabawa i dobry humor udzielają się również słuchaczom, czego jestem najlepszym przykładem.

Arek Lerch

Pięć i pół