BRITISH SEA POWER – Let the Dancers Inherit the Party (Universal)

Sam nie pamiętam dokładnie, kiedy polubiłem muzykę, określaną jako indie rock. Ba, jeśli miałbym dzisiaj zdefiniować ten gatunek, poległbym w pierwszym podejściu, bo ilość odnóg, podgatunków i odcieni tej muzyki jest tak ogromna, że… chyba tylko thrash metal nie da się podciągnąć pod któryś z odłamów indie rocka. Żarty żartami, jednak czasami trzeba znaleźć jakieś wyznaczniki gatunkowe. I w tym przypadku doskonałym przykładem i pomocą będzie najnowsza, szósta płyta British Sea Power. Nie dlatego, że jest genialna, tylko, że w swojej „zwyczajności” idealnie pokazuje czym jest taki solidny, może i ciut rzemieślniczy, wyspiarski indie. Z wszystkimi zaletami i kilkoma wadami.

Przyznam, że grupa największe wrażenie zrobiła na mnie na soundtracku „From the Sea to the Land Beyond”. Piękna to była muzyka, jednak zdecydowanie odstająca od zasadniczej ścieżki, jaką Brytyjczycy podróżują. Już na kolejnym krążku „Machineries of Joy” zespół powrócił jednak do tradycyjnej, gitarowej formuły i podobnie jest na najnowszym albumie. Albumie, który dla przeciwnika takiej muzyki mógłby stać się ucieleśnieniem słowa „przeciętność” a nawet – „nuda”. Jeśli dodamy do tego proste, niespecjalnie oryginalne aranżacje, lekko melancholijną atmosferę i spokojny, nie wychodzący przed szereg wokal, mamy do czynienia z albumem tak samo przyjemnym, co nieodkrywczym. I tu następuje mały zwrot akcji, bo w tej całej „nieodkrywczości” i „normalności” British Sea Power potrafią znaleźć jakiś mistycyzm, coś, co potrafi dotknąć jakiejś nieznanej struny w mózgu i spowodować, że człowiekowi robi się przyjemnie ciepło. Zaraz, czy aby na pewno mówimy o „Let the Dancers Inherit the Party”?British Sea Power

Dokładnie, o tym samym. Wszystkie cechy, którymi chcielibyśmy obrazić twórców tego albumu, przy odpowiednim nastawieniu stają się zaletami. Bo jest tu melancholia; nawet kiedy gitary grają głośniej, kiedy bije zdecydowany rytm, cały czas czujemy ten niepokojący, lekko przydymiony klimat brytyjskiego wybrzeża. Może nie tak, jak na wspomnianej wyżej płycie, ale cały czas jest obecny, pozwalając się przyjemnie odprężyć. British Sea Power doskonale, dogłębnie wręcz znają klimat wyspiarskiego grania, i ta erudycja delikatnie odbija się w nowych nagraniach. Czasami sięgają daleko wstecz, do czasów świetności britpopu i wychodzi im niezły hicior w postaci „Bad Bohemian”, wspominają braci Reid w „The Voice of Ivy Lee”, potrafią też zabawić się z gitarowymi brzmieniami („Saint Jerome”) a nawet psychodelicznie odjechać („Want to be Free” czy „Alone Piano”). Wszystko to jednak tylko różne odcienie tego samego koloru. Lekko rozmytego, przyjemnie kojącego nerwy. W zasadzie cały czas zastanawiam się, co jest głównym magnesem, który nie powala mi się od tej płyty oderwać.

British Sea Power pozostają błyskotliwym zespołem drugiego planu, gwiazdą wśród nudziarzy, obietnicą miłego wieczoru przy kominku. Czymś oczywistym jak angielska herbatka a jednocześnie zaskakująco dosadnym podsumowaniem rockowej alternatywy z wysp. Warto spróbować.

Arek Lerch

Pięć