BRDA – Światło Wody

Fakty są takie, że Brda to jedna z polskich rzek przepływająca przez Bydgoszcz. Całkiem ładne miasto, w którym żyją różni, miej lub bardziej znani, alternatywni muzykanci. A wśród nich są też tacy, co zasilają zespół, biorący nazwę owej rzeki za swój szyld. I właśnie promują nową płytę o dwuznacznym tytule „Światło wody”.

Określenie jakiejś muzyki mianem „nudnej” zazwyczaj może być odbierane negatywnie. Przecież rzeczona ma bawić, uczyć i wzruszać a nie nudzić. W zasadzie jest to prawda, okazuje się jednak, że są płyty, w stosunku do których to określenie wcale nie ma konotacji negatywnej. Taki jest krążek „Światło Wody” Brdy. W zasadzie całość można zamknąć w stwierdzeniu, że to muzyka, która może być idealną tapetą – sączy się gdzieś obok nas, powoli, bez pośpiechu, bez dysonansów, agresywnej gitary, wrzasków czy powyginanych aranżacji. Płynie swoim miarowym rytmem, uspokaja, po paru minutach zapominamy, że jest z nami. Można powiedzieć, że to muzyka tła, gdyby nie jeden istotny szczegół – te dźwięki są piekielnie precyzyjnie zaaranżowane, czai się za nimi erudycja, pomysł i świetne wykonanie. Jasne, przyjmujemy, że piosenki zlewają się w miękką całość, że to muzyka w gruncie rzeczy dość bezpieczna, czasami podobna do tego co na ostatnich wydawnictwach prezentuje 3 Moon Boys, ale żadnej z tych uwag nie traktuję jako zarzutu.swiatlo-wody

Co zatem otrzymujemy? Klimatyczny przelot przez alternatywne dekady, choć podany na tyle syntetycznie, że przeciwnicy wywlekania flaków i dzielenia włosa na czworo spokojnie będą się bawić przy tej muzyce. A jeśli zaś ktoś lubi dłubaninę, proszę bardzo – najbardziej zaskakujący wątek, który wbił mi się w głowę, to wyraźny posmak Talk Talk (oczywiście, z okresu „Spirit of Eden”) w „Ekologicznie” czy „Na zewnątrz”. Mariaż jazzowego feelingu z lepiącą się do ucha melodyką wypada intrygująco, szczególnie, kiedy zespół zaczyna wchodzić na ścieżkę progresywnego dłubania („Jak Muchę”), z kolei lata 90. (a jakże…) wracają w „Wieczorze” (pamiętacie June of 44?) czy transowo przestrzennym „Horrorze” (tu z kolei kłania się wczesny Tortoise). To oczywiście tylko kilka narzucających się skojarzeń. Zespół bardzo sprawnie miksuje muzykę, unikając ewidentnych zapożyczeń i ze smakiem korzysta z gościnnych występów (świetne partie trąbki w wykonaniu Wojciecha Jachny w „Fałes” czy „Wieczorze”). Na osobne komplementa zasługują wokalne partie Joanny Frejus. Jej zmysłowe interpretacje wygładzają aranżacje a przede wszystkim powodują, propozycja zespołu staje się czymś w rodzaju poetyckiej alternatywy, zmuszającej do odpoczynku i lekkiego resetu, rzeczy we współczesnym świecie deficytowych.

Jaka jest zatem ta płyta? Przyjemnie przynudza, wodzi nas za nos po różnych zakamarkach rockowego niezalu, mami poetyckimi wizjami i wycisza nerwy? Najlepsze jest to, że chyba każdy może znaleźć tu coś innego, zachwycić się, przysnąć, delektować smakowitymi instrumentacjami. Tak do końca nie wiadomo jednak, jak do tej płyty podejść. Czy to światłowody czy jednak migoczące światło odbite przez wodę?

Arek Lerch

Zdjęcie: Muisto/okładka: Evelyn Bencicova

Pięć