BRAID – No Coast (Topshelf Records)

Dawno nie nurkowaliśmy w naszym ulubionym szambie z lat 90 – tych, czas zatem błąd naprawić. Tym razem jednak ze wspomnianej dekady szybko przeskoczymy do roku… 2014. A to dlatego, że stacjonujący w Champaign Braid, karierę rozpoczął w 93 roku a zakończył w 99. Potem były dwie reaktywacje a efektem tej ostatniej jest nowy, pierwszy po szesnastu latach, pełnowymiarowy album grupy.

W zasadzie, trudno mówić o czymś wybitnie oryginalnym. Zespół od początku wahał się, czy być bardziej indie, czy może core. Dopiero po latach wszystko się przegryzło i dojrzałość muzyków pozwoliła na stworzenie piosenek, klarownie łączących te dwa światy. Choć dla zatwardziałych hc kidsów będzie to raczej lekka przystawka, niż tłuste danie główne.

„No Coast” to przede wszystkim dominacja średnich temp, spokojnie, choć konkretnie grających gitar i dobrego brzmienia. Najbardziej urzeka mnie mała nachalność tej muzyki. Taki kalifornijski, pogodny klimat tu dominuje, choć ze skate punkiem zespół nie ma absolutnie nic wspólnego. Elementem, który podgrzewa atmosferę, jest melodyka, obecna w partiach gitarowych, brzmiąca niczym skrzyżowanie wczesnego Pixies z Chokebore, co zdecydowanie podnosi kaloryczność tej strawy. Do tego dokładamy miarową rytmikę i aranżacje w stylu Guzzard i… znowu lądujemy z hukiem w środku wspomnianej we wstępie dekady. Wszystkie te wpływy są oczywiście co najwyżej odczuciem piszącego; wszak nigdy nie był on wzorem obiektywizmu.Braid new

Konkrety – „mascis’owo” smętny „Many Enemies”, przyjemnie zadziorny, beat’owy „Put Some Wings” czy świetnie zbudowany aranżacyjnie „Doing Yourself In” to zapewne najlepsze fragmenty układanki, ale muszę przyznać, że wrażenie robi ta płyta jako całość. Nie przesadzona (przesłodzona?), doskonale przemyślana i sprawnie zagrana. Może zabrzmi to złośliwie, ale słychać, że instrumentami szarpią muzykanci z czwartym krzyżykiem na karku. Nie doszukacie się na „No Coast” nerwowych zawijasów, agresji czy wściekłych wokali; to stonowanie w połączeniu z melodyką robi największe wrażenie. Muzyka dla hardcore’owych emerytów?

Arek Lerch

Cztery