BORÓWKA – Dwa oblicza melancholii

Gdzieś tam, z boku, cichutko ale systematycznie rośnie w siłę scena songwriterska. Ba, jest całkiem spora (a może już się skończyła?) i ma oddane grono zwolenników. Co się jednak dziwić, skoro ma takich ambasadorów i mentorów jak Borówka Music, która to agencja (wydawca?) nie ustaje w promowaniu na różne sposoby artystów, lubiących podróże i gitarę akustyczną. Niekoniecznie w tej kolejności. Przedstawiamy zatem dwóch podopiecznych rzeczonej agencji, jednego bardziej (Sasha Boole), drugiego mniej (Ragnar Ólafsson, przynajmniej na razie) znanego rodzimym fanom alt country i okolic.

Sasha Boole znany jest krajowym miłośnikom muzyki nieco bardziej, choćby ze względu na słowiańskie pokrewieństwo, bo pochodzi z Ukrainy, jednak to Polska jest chyba jego drugim domem, skoro w ciągu trzech ostatnich lat zagrał u nas… ponad 130 razy. Nie dość tego, wsławił się też takimi akcjami jak chociażby kwietniowe tournee pod nazwą „24 koncerty w 24 miejscach w 24 godziny”. Wydarzenie miało miejsce w Łodzi, gdzie trubadur zagrał min. na dworcach, w szpitalu,Sasha Boole - 2 domach dziecka czy przedszkolach. Morderczy pomysł został zrealizowany i na pewno przysporzył Saszy kilku dodatkowych zwolenników, bo takie działania budzą po prostu szacunek. Inna sprawa, że zawsze darzyłem bardów uznaniem – nie jest to zajęcie intratne, wymaga ciągłego ruchu, samozaparcia i trzeba przyzwyczaić się, że na scenie przebywamy zazwyczaj samotnie. Zresztą, sceną może być cokolwiek – pokój w mieszkaniu, stodoła czy parapet. Z drugiej strony – dzięki takiemu „obiciu się” muzyk zna swoje możliwości i potrafi je przekazać. Pewnie dlatego trzecia płyta Saszy jest bardzo rasowym przeglądem mocnych stron artysty a co najważniejsze, mamy do czynienia z pełnymi instrumentacjami, dlatego nie ma szans na nudę; cały czas coś się dzieje. Otrzymujemy dość nostalgiczny miks alternatywnego folku, gdzie jak w lustrze przegląda się cała tradycja country, przemykają duchy Younga, akustycznego Giry, ogólnie amerykańskich tzw. wieśniaków, tyle, że nieco ucywilizowanych za sprawą bogatego instrumentarium. Trzeba przyznać, że ta nostalgia jest całkiem chwytliwa, bo można z płyty parę hitów wykroić. Jeśli bywaliście na koncertach The Feral Trees, Moriah Woods czy Petera J. Bircha, „Golden Tooth” na pewno przypadnie wam do gustu. Moim ulubionym momentem jest „By the Sea”, w opozycji stoi niepotrzebny w sumie, trochę zbyt skoczny rockers „Пилю Обріз (Cutting Down my Shotgun Barrel)”, jednak trzeba przyznać, że Sasza stworzył bardzo spójną płytę, która – mimo, że nie zawiera ani jednej, oryginalnej nuty – przykuwa uwagę, dostarczając miłej rozrywki i paru niegłupich spostrzeżeń w tekstach, ubranych w zgrabnie skomponowane piosenki.Golden Tooth

W odróżnieniu od swojego kolegi z Ukrainy, multiinstrumentalista z Islandii ma o wiele cięższe zadane. Nie dość, że Ragnar Ólafsson wydaje dopiero pierwszą płytę solową, to jego poprzednie dokonania wraz z zespołem Árstíðir (ponoć bardzo popularnym na wyspie…) nie są zbyt znane, choć to i tak bardzo delikatne określenie. Musi zatem Ragnar Ólafsson - promo foto - duzepan Ragnar mocno się napracować, żeby osiągnąć status Saszy. Co oczywiście nie znaczy, że mu się nie uda. I tu pojawia się drugi problem, bo debiutancki album jest jednak trudniejszym kawałkiem muzycznego chleba. Oczywiście, żeby było jasne, nie mamy do czynienia z jakimiś wygibasami (choć ponoć Ragnar grał już i jazz i muzykę operową a nawet metal), tyle, że debiutancka płyta przynosi muzykę mocno spolaryzowaną. Ragnar częściej stawia na bardzo intymne, bazujące tylko na głosie i gitarze akustycznej/fortepianie ballady, którym przeciwstawia utwory opracowane z pełnym instrumentarium. I tu faktycznie dzieje się sporo, jednak w odróżnieniu od swojego kolegi, któremu udało się stworzyć muzykę całkiem przebojową, kompozycje Islandczyka są złożone, trudniejsze w odbiorze, także instrumentacja jest bardziej wyrafinowana, choć zdarzają się i całkiem chwytliwe tematy („SSDD”). Przez to stajemy w obliczu paradoksu – muzyka jest oryginalniejsza, jednak wymaga dłuższego „zaprzyjaźniania się”. I jeśli damy jej czas, może się okazać, że odkryjemy całkiem ciekawe przestrzenie. Ragnar także lubuje się w melancholii, jednak rzadziej odwołuje się do alt country, stawiając na indywidualne rozwiązania. A to na pewno na dłuższą metę procentuje, pokazując, że bliższe mu są chociażby post rockowe rejony niż wiejska Ameryka. Zamiast podawać na tacy swoją muzykę, Ragnar droczy się ze słuchaczem, każąc mu odkrywać poszczególne numery, które im dłużej z nami zostają, tym bardziej potrafią zahipnotyzować. Najfajniejsze momenty to „A Prayer”, lekko mglisty „Bravery” czy pochmurny finał „Red Wine”.Urges

Podsumowując, nie będę wyrokował, która płyta jest lepsza, bo wszystko zależy od kontekstu. Można więc zrobić tak – na podróż rowerem zarzucamy bardziej dosłowny i skoczniejszy „Golden Tooth” Saszy, a kiedy wrócimy do domu, siadamy w fotelu i delektujemy się „Urges” Ólafssona, zwracając uwagę raczej na detale, fajne rozwiązania instrumentalne i pomysły  aranżacyjne. To chyba dobra kolejność.

Arek Lerch