BORN OF OSIRIS – Tomorrow Wie Die Alone (Sumerian Records)

Słuchając następcy „The Discovery”, odnoszę wrażenie, że Born Of Osiris, choć wyraźnie rozwinął formułę znaną z tamtego albumu, stracił coś ważnego, coś co pozwalało przykuć uwagę słuchacza na dłużej.

Owym brakiem jest nieobecność Jasona Richardsona, młodego i piekielnie utalentowanego gitarzysty, który na tamtym albumie był odpowiedzialny za część kompozycji. Kiedy „przeszedł” do Chelsea Grin, muza tejże kapeli uległa przeobrażeniu na kształt tego co robił w BoO – i słusznie, bo na dzień dzisiejszy w progresywnym death metalu (deathcore) Ci panowie pozostawiają konkurencję daleko w tyle. No, poza Veil of Maya.

„Tomorrow Wie Die Alone” byłby albumem genialnym, ba, nawet przełomowym, gdyby nie oparcie muzyki na breakdownach. Przemielone przez pół świata zera są krokiem w tył niż pójściem naprzód dla progresywnych metalowców, ale, co ciekawe, pasują do kompozycji. Zaś to, że w ostatecznym rozrachunku nudzą (bo najciekawsze rzeczy dzieją się poza partiami gitar) to inna sprawa. Trochę martwi mnie ułożenie całej muzyki pod elektronikę (co w sumie nie dziwi, skoro Lee jest dobrze rokującym producentem), dlatego, że gdy na koncertach padną sample, kapela równie dobrze będzie mogła przerwać występ. Taka sytuacja mimo wszystko nie miałaby miejsca w przypadku materiału z „The Discovery”, który był znacznie bardziej gitarowy i wyraźnie (death) metalowy. Następca tego dzieła, miejscami przypominający debiut The Haarp Machine, jest nieco lżejszy, ale za to bardziej przestrzenny. Wyłowienie wszystkich smaczków – czy to związanych z EDM, czy z samych syntezatorów zajmie niejeden wieczór, tym bardziej na dobrym sprzęcie odsłuchowym. W moich domowych warunkach aspekty brzmieniowe – o dziwo niespecjalnie przekompresowanego albumu jak „Tomorrow We Die Alone” są dość ograniczone. Nie zmienia to jednak faktu, że w kategorii brzmienia, z zespołów, które wydaje Sumerian Born of Osiris staje na podium bez oglądania się na innych. „Tradycyjnie”, jak na takie granie, jest to zasługa Joe Sturgisa, który jak się okazuje, zaraz po Michaelu Keenie z The Faceless, stał się nadwornym czarodziejem wytwórni. A swoją drogą, za produkcję wokali (wtf?) odpowiada m.in. szef tegoż labela – Ash Avidsen (znany jako wokalista nieistniejącego już, prog metalowego Reflux, w którym grał również Tosin Abasi – przyp.red).

Spośród jedenastu kompozycji tak naprawdę ciężko wybrać jeden reprezentatywny utwór. Jeśli już miałbym wybrać swojego faworyta, byłby to dość spokojnie zaczynający się „Exilarate” albo jeden z brutalniejszych na całym albumie, odrobinę przypominający hit „Recreate” z „The Discovery”, mianowicie „The Origin”. Zresztą, ten album powinno się chłonąć w całości. To raptem 40 minut inteligentnego, świetnie wyprodukowanego i zaaranżowanego metalu, do którego warto wracać, ale przede wszystkim, z którym warto obcować by mieć wgląd na to jak wygląda współczesne granie. Może i momentami nużące przez wspomniane breakdowny, ale i tak dalece wykraczające poza gatunkowe normy.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery