BORN OF OSIRIS – Soul Sphere (Sumerian Records)

Szumne zapowiedzi powrotu do grania z czasu „A New Reign” mają swoje połowiczne odzwierciedlenie na „Soul Sphere”. Born of Osiris, jak doskonale wiemy, po „The Discovery”, swoim najlepszym dziele, znacząco się pogubili w eksperymentach, stąd chęć powrotu do bezlitosnego, technicznego łojenia maluje się jako łatwy skok na hype sprzed lat i kilka dodatkowych dolców od swoich fanów. Szczerze? Obecnie ten zespół ani mnie ziębi, ni grzeje. Po prostu, niegdyś jeden z najciekawszych młodych bandów na prog (death/metal) core’owej scenie stał się kolejnym produktem, sprzedawanym każdemu, kto odczuwa nagłe zapotrzebowanie na nieco bardziej inteligentne dźwięki.

Nówka zatytułowana „Soul Sphere” choć pod względem brutalności chyba przebijająca początkowe dokonania grupy, cierpi na te same braki, które doskwierają zespołowi od czasu odejścia gitarzysty Jasona Richardsona. Co z tego, że panowie nadal mieszają różne style i gatunki (coraz bardziej słyszalne fascynacje elektroniką wioślarza Lee McKinneya), perfekcyjnie wplatają kosmiczne sample i djentowe zagrywki, skoro danie główne czyli metal, jest tutaj najmniej interesującym elementem układanki. Instrumentalnie – mistrzostwo świata (Cameron Losch na perkusji numerem jeden!), wokalnie chyba najlepiej zrealizowany album ze wszystkich (minus teksty do kosza), poza tym, wreszcie wyraźnie słychać podział na partie Ronniego Canizaro i czysto śpiewającego Joe Burasa, ale kompozycyjnie są to mało przekonujące puzzle. Obecnie są od nich lepsi, może nawet zapatrzeni w ich dorobek z „The Discovery” i trudno nie odnieść wrażenia, że nagrywając tak przepełniony wysokiej jakości treścią album, sami stali się więźniami własnej twórczości.Born of Osiris Band

Chcę jednak zaznaczyć, że kontakt z „Soul Sphere” w żadnym wypadku nie jest stratą czasu. Dla tych, którzy od czasu do czasu rzeczywiście trzymają rękę na pulsie nowoczesnego metalu, domyślam się, że czwarty studyjny opus grupy z Chicago będzie wykładnią tego, co ciekawego dzieje się na rynku. Pozwolę jednak zasugerować, aby nie dawać im zbyt dużego kredytu zaufania, bo tuż za rogiem czają się dwa pełne albumy od Textures, które – na co liczę – na długo wprowadzą nowy ład w progresywnej zabawie. Bez zbędnego napierdalania, sztucznych breakdownów jak w „River of Time” i silenia się na bogów techniki („The Composer”).

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy