BOMBS OF HADES  – The Serpent’s Redemption (Pulverised Records)

I co tu zrobić z takim Bombs of Hades? Przyczepić się nie ma do czego, bo grają fajnie i czerpią z tych najbardziej zdrowych odmian mocnego grania. Z drugiej strony jakoś bardzo chwalić ich też nie mogę, bo skłamałbym pisząc, że „The Serpent’s Redemption” spowodowała u mnie opad szczęki, albo kazała mi wstać z fotela i zagrać solo na nieistniejącej gitarze.

Niby wszystko jest cacy, bo jest tu coś i dla fana Nihilist, i dla jego kolegi od Wolfbrigade, są niepokojące przytupy rodem z jedynki Voivod („Forgotten in Graves”), szczypta upalonego amerykańskiego rocka w stylu środkowego Corrosion of Conformity („Burn”), czy nawet majestatyczne walce o bliskowschodnim posmaku (utwór tytułowy). Ale nawet jeśli wszystkie te elementy tworzą wyjątkowo spójną całość, nie opuszcza mnie wrażenie, że zbyt często do tej płyty wracać nie będę. Nie oszukujmy się, przy całej sympatii, jaką wykrzesać można dla wszystkich tych weteranów odkurzających dźwięki swojej i naszej młodości, drugiego „Left Hand Path” raczej nam nie sprezentują. Chętnie za to popatrzyłbym jak grają te kawałki w sali prób i siedząc gdzieś w kącie popijał sobie w rytm tej muzyki zimne browary. Dam sobie paznokieć uciąć, że te numery ukazują cały swój potencjał dopiero, gdy grane są na żywo. Słychać przecież, że panowie cieszą się wspólnym muzykowaniem i że doświadczenie wyniesione z innych zespołów nie poszło na marne.

Reasumując, jeśli wciąż spoglądacie tęsknym wzrokiem w stronę Szwecji, a kopulacja demówek Autopsy z epkami Anti-Cimex jest bliższa waszemu sercu niż cokolwiek innego na tym świecie, możecie moje powyższe wątpliwości zignorować. Co bardziej zblazowani mogą jednak podczas słuchania „The Serpent’s Redemption” poczuć drobny niedosyt, a wtedy nie obejdzie się bez suplementów diety zdjętych z półki ze szwedzką klasyką.

 

Michał Spryszak