BODY COUNT – Manslaughter (Sumerian Records)

Czuję się w obowiązku zrecenzować „Manslaughter”. Za cudowne lata 90-te, za „Born Dead” na szkolnej dyskotece i za każdego zastrzelonego czarnucha, który – nie wiedzieć czemu – nosił twarz duetu Hackman – Dafoe z filmu „Mississippi w ogniu”. Przede wszystkim jednak dlatego, że wypełnia go po prostu bardzo dobra muzyka.

Jeżeli na początku lat 90-tych Body Count wydawał się być bękarcim złodziejaszkiem podbierającym białym dobre, nośne riffy, tak dzisiaj uważam, że to Body Count uczynił z nich coś o znacznie wyższym współczynniku zabawy. Już nie jako kaprys Ice-T i Ernie’go C., paradoksalnie „Manslaughter” stanowi osamotniony bastion uczciwej muzyki rock-metalowej sprzed dwóch dekad. Jednocześnie Body Count w sposób nieskrępowany bawi się tamtą muzyką, która w ich wykonaniu bywa zaskakująco współczesna i wyjątkowo składna. Sypią się tedy spod kapturów crossoverowe riffy, slayerowe bridge, blacksabbathowe slowdowny i jimmypage’owe sola. Porywa dynamika wykonań, zaskakuje mnogość i zróżnicowanie temp, swoboda i smak w ich doborze, graniczące z artystyczną odwagą, tak deficytową w dzisiejszym homogenicznym, równiutkim świecie Hatebreed i im pokrewnych.Body Count Band

Co istotne, za zmieniającą się warstwą muzyczną podążają teksty – najskuteczniejsza broń anielskiego murzynówka. Znajdziemy tu utwory przestrzegające przed gangami, składające hołd amerykańskim żołnierzom, zatroskane o uzależnionych i o dalsze losy braterstwa mężczyzn, potępiające bezrobotnych z wyboru i przemysł muzyki pop czy gloryfikujące kobiety pogujące pod sceną. Każdy z nich koncentruje się na zadanym temacie, nie zaś na wybrnięciu z plątaniny zmyślnych słówek-rymów, jak to zapamiętałem z muzyki hip-hop. Ice-T to przyjaciel, którego musisz mieć po swojej stronie. Jeżeli nie przekupisz go sumą dobrych uczynków, możesz tylko „Modlić się o śmierć”. A Icek nie chce już „jebać Policji”, jak czynił to w pamiętanym przez nas, nastolatków „Cop Killer”. Domaga się spokoju przy konsumpcji posiłku (kower „Institutionalized” ze zmienionymi zwrotkami) i zachowania właściwego porządku, który zapewniał albo równowagę w miejskim ekosystemie („Wanna Be A Gangsta”), albo poczucie dumy i pokory wobec życia („Manslaughter” i „Enter The Dark Side”). Jeżeli nawet występuje tu obciach widziany oczami białego – pardon – inteligenta (czarownicza wersja orgazmu Meg Ryan z „When Harry Met Sally” w „Black Vodoo Sex”, ckliwość refrenu w „I Will Always Love You”), to udanie równoważy on uprawiane moralizatorstwo z rozrywkowo-przygodowym charakterem muzyki Amerykanów.

Gdy po raz pierwszy dane mi było zobaczyć teledysk do utworu „Talk Shit Get Shot” promujący recenzowany tu krążek, na mojej twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. Taki właśnie uśmiech pojawia się gdy ponownie obcuje się z czymś znanym, bliskim i zwyczajnie przyjemnym. Body Count stracił „manhood”, ja dostałem Body Count. O take Ameryke walczyliśmy.

Kuba Kolan

Pięć