BLUES PILLS – Lady In Gold (Nuclear Blast)

Rewolucja? Bynajmniej. Nie dajcie zwieść się głosom licznych malkontentów, obwieszczających koniec Blues Pills, jakich znaliście (i kochaliście?). Ewolucja? Jak najbardziej. Zespół wzbogaca o nowe elementy brzmienie znane z entuzjastycznie przyjętego debiutu, otwierając sobie tym samym zamknięte do tej pory furtki.

Jak głosi ludowa legenda, retro-rockowa kapela podpisująca kontrakt z Nuclear Blast sama skazuje się na nieuchronne, wieczne potępienie. To znaczy: awans marketingowy płynący z takiego ruchu jest niezaprzeczalny, natomiast patrząc przez pryzmat samej muzyki – stroma równia pochyła jawi się jako jedyny możliwy scenariusz dla takich nierozważnych delikwentów. Jakbyś podpisał cyrograf, a diabeł nie wywiązał się ze swojej części umowy. Ot, taka przedziwna klątwa, której ofiarami padły już chociażby Orchid, Kadavar, a nawet tak świetnie niegdyś rokujący Graveyard. W tej sytuacji łatwo wyobrazić sobie, jakiż ozwał się lament, gdy i Blues Pills zdecydowali związać się z niemiecką wytwórnią. Zespół młody, złożony z utalentowanych instrumentalistów i jeszcze bardziej utalentowanej wokalistki, mający pomysł na siebie; zespół, który przebojem wdarł się na salony; czy i on miał nieodwracalnie przepaść w nigdy nienasyconej paszczy tego wieloryba muzycznego rynku? Byłaby wielka szkoda. Naprawdę dostali się na salony… Uwierzycie? W niedzielny poranek obudziła mnie woń dogorywającej na patelni jajecznicy. Z odbiornika radiowego dobiegał znajomy głos. Nie kto inny, jak Wojciech Mann zaprezentował słuchaczom trzy utwory z „Lady In Gold”, po czym radośnie oznajmił, że płyta ani trochę nie zawiodła jego oczekiwań. Nie będę ukrywał – entuzjazm, jakim przepełnione były te słowa, udzielił się i mnie. Wszelkie obawy ulotniły się jak kamfora.

Na pierwszy ogień idą dwa single. Single, po udostępnieniu których na zespół spadła niemała lawina krytyki. Że brak tu prawdziwego ducha Blues Pills, że to jakieś takie miałkie, nieciekawe… popowe? Owszem, utrzymane są w konwencji nieco innej, niż utwory znane z debiutu. „Lady in Gold” może zaskakiwać lekką formą i bezpośrednim refrenem (który, swoją drogą, bardzo przypadł mi do gustu). Ujął mnie taką niewymuszoną, niemal popową (a jednak!) przebojowością. Mnie to pasuje, innym już niekoniecznie. Przeważają pełne wzgardy komentarze typu: „a co to, jakaś ABBA?!” Podoba mi się także „Little Boy Preacher”, rozwijający się bez pośpiechu, wypełniony ciekawymi chórkami numer. Właśnie – chórkami. Jest to nowy w muzyce Szwedów element, wspaniale wpasowujący się w tworzoną przez nich układankę, pozwalający na jeszcze lepsze wyeksponowanie atutów wokalu Elin Larsson. Momentami nadaje całości wręcz lekko gospelowy, swobodny charakter. Drugim novum jest użycie na „Lady in Gold” organów. Nie da się zaprzeczyć – wszystkie te addycje dodają muzyce Blues Pills nowego wymiaru. Jednocześnie jednak zdają się gmatwać sytuację i przytłaczać. Dorian Sorriaux, którego błyskotliwe solówki były wcześniej jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu, tym razem trzyma się nieco z tyłu. Gitarowe popisy ograniczone są do minimum.BP

Mimo wszystko, pewne sprawy wciąż pozostają niezmienne. Charakterystyczny styl wypracowany na debiutanckim albumie nie uległ w gruncie rzeczy większym modyfikacjom. Solidna, miarowa praca sekcji rytmicznej stanowi osnowę dla rozmarzonych, bluesowych pasaży. Z zadumy wywołanej powyższymi wyrywają mniej lub bardziej (zazwyczaj bardziej) przebojowe refreny. I tak to, w gruncie rzeczy, wygląda. Potwierdzeniem tezy o tej konsekwencji brzmieniowej jest chyba najlepszy na płycie „Burned Out”, rozbuchany na starą, dobrą, typowo „skandynawską” modłę. Wyróżnia się także „I Felt A Change” – numer, który równie dobrze mógłby znaleźć się na płycie takiej Adele. Pierwsze skrzypce w tym numerze gra głos Elin Larsson, świetnie dopełniający się z wyważonymi dźwiękami organów.

Co bardzo istotne, nie ma na „Lady in Gold” piosenek niepotrzebnych. Są bardziej i mniej chwytliwe, energiczne i te raczej leniwie płynące, ale wszystko jest po coś. Brak tu sztuki dla sztuki. Moim zdaniem Blues Pills udało się zdać jakże istotny „test drugiego albumu”, który oblewało w przeszłości wiele obiecujących grup. Zespół nieco zaskakuje, wprowadzając do swojej muzyki nowe elementy, ale mimo to nie zatraca tożsamości. Wszystko to pozwala z optymizmem i sporą dozą ciekawości obserwować dalsze poczynania Szwedów.

Adam Gościniak

Pięć