BLOODY HAMMERS – Lovely Sort Of Death (Napalm Records)

Bloody Hammers pierwszy raz usłyszałem parę ładnych lat temu, przy okazji wydania ich debiutanckiego albumu. Chociaż nie, lepiej byłoby napisać „jego debiutanckiego albumu”, bowiem w tamtym czasie zespół tworzył tylko jeden człowiek. Anders Manga wciąż pozostaje spiritus movens całego przedsięwzięcia, jest to jednak jedna z niewielu rzeczy, które nie uległy zmianie. Grupa ewoluuje na wielu polach, a wydany właśnie „Lovely Sort Of Death” jawi się w moich oczach jako podsumowanie pewnego etapu.

Debiut, który światło dzienne ujrzał w 2012 roku, ujął mnie przede wszystkim osobliwą atmosferą tajemniczości oraz melodiami, które na długo zostawały w głowie. Niemal nie do pomyślenia było, że tak kompletny album był w całości dziełem jednej zaledwie osoby. A jednak… Niestety, kolejne, wydane niedługo później, dwie płyty to kubeł zimnej wody na głowy zbyt rozentuzjazmowanych słuchaczy. Przesunięcie nacisku z klimatu na – momentami wręcz absurdalny – ciężar okazało się krokiem nie dość, że niezbyt zrozumiałym, to w dodatku zupełnie nieudanym. Bloody Hammers stali się pełnoprawnym, czteroosobowym składem, ale jednocześnie zatracili największy ze swoich dotychczasowych atutów, z zespołu jedynego w swoim rodzaju zmienili się w jeden z wielu. Jeżeli spadać, to z wysokiego konia, nieprawdaż?
Upadek musiał być bolesny, bo czarno na białym widać, że Amerykanie wyciągnęli wnioski z niepotrzebnych eksperymentów. I choć nie zrezygnowali całkowicie z gitarowego monumentalizmu, to tym razem udało się go połączyć z eterycznym klimatem pierwszego albumu. Umiejętnie przeprowadzona fuzja musiała się udać. No i rzeczywiście, „zażarło”. Choć miałem nienajlepsze przeczucia związane z „Lovely Sort Of Death”, zachęcony kilkoma naprawdę ciepłymi opiniami, włącznie z tymi wieszczącymi nadejście płyty roku (to akurat gruba przesada), dałem Bloody Hammers jeszcze jedną szansę. I, na szczęście, nie zawiodłem się- jest naprawdę dobrze.Band
Co o tym decyduje? Między innymi hipnotyzujący, bardzo charakterystyczny wokal człowieka, który stoi za całym tym zamieszaniem. Człowieka o, dodajmy, dość… ekscentrycznym, nawiedzonym image’u. I choć w kwestii wokali właściwie nigdy nie było się do czego przyczepić – ani na fantastycznym debiucie, ani na jego rozczarowujących następcach – tym razem wznosi się na nowy poziom, dodając całości intrygującej głębi. Nierzadko balansuje na granicy fałszu, ale, paradoksalnie, to tylko wzbogaca muzykę w pożądaną niejednoznaczność. Barwa głosu Mangi przywodzi na myśl legendarnego Petera Steele. Swoją drogą, nie jest to jedyne podobieństwo z Type of Negative, jakie dostrzegam po wysłuchaniu tego materiału. Mocne skojarzenia z nowojorskim zespołem budzą także dźwięki organów – zazwyczaj dodające ciekawej przestrzeni, czasem niebezpiecznie zbliżające się do granic dobrego smaku (wiecie, jak zespół metalowy na Eurowizji…).

Bloody Hammers dają upust swoim czysto metalowym fantazjom chociażby w „Astral Traveler”, który jest przy okazji jednym z najjaśniejszych punktów całej płyty. Powala thrash’ową surowością i nieokiełznaniem, zaskakuje przebojowym refrenem i niemal orkiestrowym rozbuchaniem. Wyróżnia się także „Shadow Out Of Time”, upiorny walczyk na sto par. Zespół pokazuje zdecydowanie bardziej stonowane oblicze w „The Reaper Comes”. W otwierającym „Bloodletting On The Kiss” zszokował mnie natomiast zupełnie nieoczekiwany, post-punkowy refren. Jak można wywnioskować po tym krótkim opisie, „Lovely Sort Of Death” nie jest płytą monotonną. I bardzo dobrze. Gdzieniegdzie pobrzmiewają echa debiutanckiego dzieła, czasami dają o sobie znać znane z ostatnich albumów ciągoty w stronę ciężaru. Zespół podrzuca także całkiem nowe, niespodziewane tropy. Jak wspomniałem na początku, według mnie ta płyta stanowi zakończenie pewnego rozdziału. Było już klimatycznie, było ciężkawo, tutaj jest trochę tego i trochę tego. Wydaje się, że pewna formuła się wyczerpała, bo ileż można stworzyć wariacji na jeden temat? Czas najwyższy, by Amerykanie spróbowali czegoś zupełnie nowego. Wiem, trudno oczekiwać od nich opuszczenia jakże wygodnej niszy, w której uwili sobie ciepłe gniazdko, ale jest na „Lovely Sort Of Death” kilka utworów pozwalających sądzić, że są zdolni wykonać taką nieoczekiwaną, gatunkową woltę. Czego sobie i (przede wszystkim) im życzę.

Adam Gościniak

Cztery