BLOODWRITTEN – Thrashin’ Fury (Witching Hour)

Chyba nie wypada przeciętnemu maniakowi podziemia nie znać Bloodwritten. Chłopaki wydali właśnie trzeci krążek i chyba mają chrapkę wystawić rogaty łeb nieco ponad powierzchnię, aby móc zdeprawować kilka duszyczek. Czy z ‘Thrashin’ Fury’ się to uda tego nie wiem, ale na pewno płyta ta ucieszy kilku fanów starej szkoły thrashowania.

W muzyce Bloodwritten tak naprawdę niewiele się zmieniło. To nadal gęste napierdalanie, w którym rękę podają sobie teutoński thrash ze Slayerem, skacząc zgodnie na półmisek wypełniony czarcim sosem. Bez dwóch zdań ciekawsza wydaje mi się druga część płyty, którą do pewnego stopnia zwiastuje fajna melodyka dość stonowanego rytmicznie, nieco plemiennego (vide Sepultura) otwarcia ‘Zombie Survival’. Od szóstego na płycie ‘Radiation’ zaczyna się naprawdę niezła zabawa, w której znajdziecie sporo patentów nawiązujących do autorów ‘Reign in Blood’ (‘Return to Tortuga”, ‘Bestial Desolation’) czy black metalowego klimatu (połowa znakomitego ‘Unleashed the Unholy’). Większe zróżnicowane kompozycyjne tych utworów pozwala na zabijanie monotonii, która prędzej czy później pojawia się przy obcowaniu z ‘Thrashin’ Fury’. Na szczęście instrumentalnie jest tu naprawdę fajnie i zarówno fani szklistych pochodów basu (świetne partie w otwierającym płytę ‘Whore’), jak i gitarowych popisów (mnóstwo gęstych od dźwięków, klasycznych dla gatunku solosów) będą z tej płyty bardzo zadowoleni.

Samo napierdalanie nie jest mnie w stanie utrzymać na dłużej przy odtwarzaczu, a to jest chyba główny cel Bloodwritten. Wszystkie chwile, w których chłopaki próbują kombinować z brzmieniem, łączeniem gatunków, albo zwolnieniami znakomicie pasują do charakteru ‘Thrashin’ Fury’ i mam nadzieję, że na kolejnej płycie będzie tego więcej. Na razie jest naprawdę nieźle.

Dooban 4,5