BLODIG ALVOR – Mørkets Frembrudd (Indie Recordings)

Kiedy na okładce płyty gładkich z twarzy, fajnie ufryzowanych, norweskich młodzieńców widzę chłopca z bejzbolem i płonący sklep, chce mi się śmiać. Ułożone do wyrzygania dzieciaki prędzej odcięliby sobie dłonie niż spaliły cokolwiek. Do takich wniosków dochodzi człowiek, poruszając się po krainach  odległych od nadwiślańskiej ziemi. Dlatego nie do końca wierzę w rewolucyjne zapędy Blodig Alvor. Choć grają przyjemnie. I na jedno przesłuchanie.

Idea skandynawskiego rocka nie od dziś rozpala co poniektóre umysły. Przyznam  szczerze, że też kiedyś dałem się ponieść fali gitarowego, dwu-akordowego łojenia z północy, bo miało w sobie coś szalonego i wciągającego. Do dzisiaj na półkach mam płyty Backyard Babies, Mustasch czy Volbeat, że o Turbonegro nie wspomnę. I choć ostatnie dokonania tych załóg jakoś mi już nie „robią”, doceniam moc rewolucji i fakt, że swoimi szaleństwami zapładniają młode, rozgrzane umysły. Podobnie jest z Blodig Alvor. Chłopaki wiedzą, jak grać, mają niekiepski warsztat, jednak próżno szukać na ich płytach jakiejś głębi, czegoś niepokojącego, czegoś, co pozwoliłoby uwierzyć mi we wspomnianą okładkę, jakiejś życiowej katastrofy, narkotyków i brzydkich, zdeformowanych przez blizny dziar. Nie, tego nie ma, są za to wąskie spodnie i czapki z daszkami. Muzyka Blodig Alvor jest prosta jak cep, składająca się z dwóch – trzech riffów i prostych melodyjek, choć dziwi mnie to, że sami zainteresowani nazywają swój hałas punk rockiem. Jest ta specyficzna, skandynawska luźna maniera i dobre brzmienie, jest trochę lumperki, ale pobratymcami Sida raczej chłopaki nie zostaną. Są zbyt ugrzecznieni i pop rockowi. Co jednak z tego, skoro poza kawałkami „Blodig Alvor” i „Star en Revolusjon” nic nie zostaje w głowie. Ot, muzyczka do samochodu, na luźną imprezę albo koncert w małym klubie. Rock po prostu. Może kiedyś, jak chłopaki nabiorą życiowej krzepy, będzie inaczej/lepiej?

Nie chcę być niemiły, bo każdy kiedyś zaczyna i Blodig Alvor też mają do tego prawo. Zresztą, jak na start posiadają na koncie sympatyczny krążek. Choć na razie jest to taki Mustasch bez wąsów i Volbeat bez tatuaży.

Arek Lerch

Trzy