BLOODIEST – Bloodiest (Relapse)

Sentencja „jak cię widzą, tak cię piszą” idealnie pasuje do Bloodiest – na zdjęciach promujących nową płytę widzimy bandę muzyków w jakiejś podejrzanej samotni, ze ścianami przyozdobionymi myśliwskimi (chyba) trofeami. Patrzę na ich mordki i od razu nasuwają mi się skojarzenia z odludnymi, opuszczonymi przez prawo i siły wyższe zakątkami USA, gdzie rządzi naturalna selekcja, dzieci na pierwsze urodziny dostają sztucery a turyści z Europy giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Klimat wszechobecnej tajemnicy jest, muzyka go jeszcze podsyca, choć dzisiaj trudno będzie mi uznać drugą płytę Bloodiest za jakieś objawienie.

Przyznam się, że choć debiutancki long zespołu – Descent – nie został przeze mnie oceniony zbyt wysoko, w swoim czasie miał jednak większą siłę rażenia, niż paradoksalnie dużo lepsza, nowa płyta. Kontekst robi tu krecią robotę; mija pięć lat, podczas których sludge/post/alternative/metal został zjedzony, przetrawiony i wydalony przez setki zespołów, wśród których znalazły się i totalne niewypały, ale także sporo rzeczy może i ciekawszych od Bloodiest. I tu nasuwa się analogia z ostatnią płytą swego czasu mocno chwalonego Minsk. Wspomniany kontekst okazuje się być nieubłagany – uszy zmęczone ciągłym atakiem ponurych, wolno snujących się, jadowitych psycho dźwięków, nie reagują już jak należy. Ta swoista „bramka szumu” powoduje, że do nowej płyty rednecków z Chicago podchodziłem dość długo i choć dzisiaj uznaję tego długograja za całkiem udane dzieło, zachwytu zbyt wielkiego nie ma, bo to wszystko już było…Bloo band

„Bloodiest” świadczy o tym, że przez ostatnie lata – choć było o nim raczej cicho – zespół pracował intensywnie, szlifując swoją formę. Tego nie można im odmówić. Wszystko zostało dopracowane, rozbudowane i pozbawione zbędnego balastu. Sam konkret, co nie przesłania jednak faktu, że zespół nadal obraca się w tym samym, ponurym światku. To dobrze, bo słychać, że muzycy znają się na swoim fachu i wiedzą, kiedy przyłożyć do pieca a kiedy uciec w transowe wycieczki. Źle, bo w zasadzie nie usłyszymy na tej płycie niczego zaskakującego. Być może zdziwi duża klarowność tej płyty, a może małe wycieczki w stronę pulsacji Tool (zmetalizowany „He Is Disease” czy bardzo przyjemnie zaaranżowany pod względem rytmicznym, wolno się rozkręcający „Separation”), jednak daniem głównym jest post – neurozisowy dół, wolno dawkowana wściekłość i dźwiękowa depresja. W tym temacie Bloodiest to mistrzowie, potrafiący wyciągnąć cały syf, jaki siedzi im w duszach i wydestylować w postaci gitarowych hałasów i rytmicznego transu. Co mi się ewidentnie podoba? Dbałość o fajne dawkowanie napięcia, płynne zagęszczanie aranżacji („Mesmerize”) i powściągliwość narracji, co przy sześcioosobowym składzie budzi respekt. Pod tym względem rządzą chyba dwie najlepsze – najsmutniejsze kompozycje „The Widow” i „Broken Teeth”. Nie widzę za to sensu w wydzielaniu jako osobnych numerów eksperymentów w postaci akustycznej impresji „Condition” czy dronów w „Mind Overlaps”. Mogli te fragmenty wpleść w zasadnicze utwory, ale to tylko moja sugestia.

I tu mam problem, bo choć konstrukcyjnie i mentalnie powstała przemyślana i klimatyczna płyta, to jednak nie wciąga, nie dostarcza zaskoczeń, czegoś, co w 2016 roku mogłoby mnie zdziwić, wkurzyć czy rozdrażnić. Chciałbym móc zakląć w duchu w stylu pogięło ich?!, ale zamiast tego kiwam głową, mrucząc no tak, wszystko się zgadza… i wracam do starych płyt Slint czy Codeine… Dlatego ocenę tym razem sobie daruję.

Arek Lerch