BLASPHEMY RITES – Hideous Lord (Pagan Records)

Klasyczny dowód na teorię, głoszącą, że punk i metal miały wspólne korzenie a black i thrash wcale nie leżą zbyt daleko od siebie. Tak ,wiem, że to dwie teorie, ale każda z nich idealnie sprawdza się w przypadku debiutanckiej płyty BR.

Krajanie lokują się w samym centrum ekstremalnego metalu, ale swoją twórczością nijak mają się do polskiej, wymuskanej i momentami plastikowej czołówki hałasu. Oczywiście, mógłbym tu przywoływać echa Beherit czy innego Blasphemy (wykonują zresztą „Empty Chalice” wspomnianych…), mógłbym wspominać o symptomatycznym dla zespołu skowerowaniu „Dethroned Emperor” Celtic Frost, a zaraz potem cofnąć się do kvltu Hellhammer. Po co jednak, skoro takie porównania wprowadzają tylko zamęt i niepotrzebne posądzenia o brak własnego zdania, zżynanie z innych i pójście na łatwiznę. Debiut BR to przede wszystkim kupa hałasu, surowych, pamiętających początek minionej dekady riffów, osadzonych na resorach oldskulowych rytmów, które znakomicie napędzają muzykę. Punkowa energia rozsadza te numery, szczególnie, kiedy zespół zdrowo się rozpędza, ale kiedy postanawia zwolnić obroty, mamy dół, którego niejeden down beat’owy hc band by się nie powstydził. W dodatku muzyka grupy okraszona została idealnym dla niej brzmieniem – brudnym, przegniłym, które co żywo przywodzi na myśl zatęchły zapach starych piwnic, gdzie zapewne takie dźwięki mają idealne warunki do inkubacji. Idąc tropem medycznym – każdy fan starego thrash/black metalu już po pierwszym kontakcie z debiutem BR zostanie niechybnie zainfekowany. Cóż, poprzednie demo grupy nie zrobiło na mnie jakiegoś wrażenia, ale ta płyta pokazuje zespół zdecydowanie z dobrej strony. Na fali sentymentu do starych czasów Blasphemy Rites mają wielkie szanse, by stanąć ramię w ramię z innymi piewcami staroci – Throneum. I choć najnowszego dzieła tych ostatnich nie przebiją, to grają już na tej samej flance. Oby tak dalej…

Arek Lerch 5