BLADE LOKI – Frruuu (Lou&Rocked Boys)

Punk niejedno ma imię…  Może być ulicznie zawzięty, brudny i wściekły, może być metalowo brutalny albo zainfekowany post – dischrge’owym crustem. Ale może też być zwyczajnie dojrzały. Mocny, ale melodyjny, agresywny ale i przemyślany. Taki jak nowy album wrocławskich Bladych Loków.

W Polsce utarło się, że mądry przekaz musi być poparty muzyką brudną i mało przebojową. Zespoły, które postanowiły zbratać się z melodią i bardziej przystępnymi pomysłami na własną twórczość uznawane są często za nie-autentyczne. Problem w tym, że w wielu przypadkach wolę te starsze wiekiem, bardziej przystępne załogi, które swój przekaz popierają życiowym doświadczeniem, w odróżnieniu od młodych narwańców. Blade Loki mają już spory bagaż przeżyć na koncie, w domach płaczą dzieci a im ciągle chce się hałasować. I nadal są na wskroś punkowi. Jeśli jednak ktoś myśli, że usłyszy tu siermiężne, gitarowe pierdzenie, jest w błędzie. Loki w punkowy, surowy rdzeń, oparty na  żwawych tempach, aplikują sporą dozę lukru w postaci zagrywek na Hammondzie (tak, zaskoczenie…), dęciaki, melodyjne refreny i muzyczne ogranie. Dzięki temu kawałki zespołu są łatwe do zapamiętania i bardzo szybko można sobie pośpiewać ze starą– nową wokalistką Agatą Polic. Czasami muzykanci porzucają punk na rzecz ska („Po cichu”), nie boją się delikatnie sięgnąć po odrobinę jazzu (wstęp do „Ciemne miasto”) i akustyczne gitary. To wszystko razem tworzy płytę wymykającą się nudzie, umiejętnie podsumowującą to, co w ostatnich latach było w modzie na niezależnej scenie. Oczywiście, nie znajdziecie tu muzyki, do której można dorobić przedrostek „post”. Nie ma też metalu ani niepotrzebnego gmatwania dźwięków. Warto zwrócić uwagę na bardzo twardą, eksponującą rytmikę produkcję. Dzięki niej muzyka zyskuje charakter, nie tracąc nic z punkowego charakteru.

Bardzo zadziorne, choć poetycko oszlifowane są za to teksty pisane przez basistę Dudzica. Jest – o dziwo – feministyczny manifest („Raz, dwa, trzy, wychodzisz Ty, Damskich bokserów wypraszamy za drzwi…”), coś o pokusach czyhających na młode umysły („Z lewej strony anioł prowadził ją za rękę, z prawej szatan szarpał z sukienkę…”), ideowa deklaracja („Jestem trującą falą, wściekłość i gniew – pokoleniowy jad, Zawsze płynę pod prąd – kontempluję chory świat…”). W zasadzie w każdym tekście mamy do czynienia z zadziornymi metaforami, choć przebija z nich raczej rozczarowanie życiem i świadomość trudności, z jaką musi poruszać się niezależna, zbuntowana jednostka. Jednocześnie brakuje w nich typowego dla napalonych młodziaków napięcia i chęci walki z wszystkimi wokół. Raczej dominuje to kwaśne godzenie się z nieuchronnością rzeczywistości.

„Frruuu” to całkiem ważna na krajowej scenie wypowiedz współczesnego, choć zakorzenionego w tradycji punk rocka, który dzięki dojrzałości przybiera różne odcienie. Dlatego płyta ma szansę zagościć na  dłużej w naszych domach, bo nie jest li tylko wściekłą szarpaniną, ale muzyką, która poza bagażem poważnych przemyśleń oferuje też  przebojową,  szorstką  dawkę dobrej zabawy.

Arek Lerch