BLACK WITCHERY – Inferno Of Sacred Destruction (Hells Headbangers/Osmose)

Florydzkie trio raczej nie przypadnie do gustu fanom wymuskanych, thrash’owych płyt produkowanych przez idoli ze słonecznego stanu. Za to koneserzy siarki, smrodu zwłok i ognia piekielnego będą się delektować z uśmiechem na ustach.

Black Witchery to już trzecia nazwa zespołu. Cóż, na Witchery raczej nie mieli szans… A czerń jak najbardziej pasuje trzem wykolejeńcom. Muzycznie trzecia w dorobku (skromnie, jak na prawie dwadzieścia lat działalności, przyjmując wszystkie trzy wcielenia…) płyta to wielce paskudny, zdecydowanie mało amerykański ochłap totalnie surowego, pozbawionego jakichkolwiek ozdobników, pierwotnego black metalu. Dużo szybkich temp, ginących w ogólnym chaosie, wstrętne, zachrypnięte wokale, sławiące smołę, rogatego i zagładę. Prujące do przodu, mało czytelne gitary, jeszcze mniej czytelna sekcja, jakieś szumy, trzaski, sprzęgi. Chłód i mrok, opary piekła unoszące się nad płytą. Trudno nie uznać takiej muzyki za pewien pomost do początków sceny. Zamiast technicznych zagrywek mamy rzucanie się na instrumenty, chęć hałasowania dla belzebuba. Nie powiem, w kilku miejscach nawet przyjemnie się robi, choć mój faworyt to, niestety, horrorowate interludium „Sepulchral Witchkraft” z zasadniczym materiałem nie mające nic wspólnego. Poza klimatem, rzecz jasna. Oddaję sprawiedliwość – w tworzeniu niemal atawistycznych, korzennych riffów Black Witchery są niezrównani. Cofają się do zamierzchłych czasów, porykując, wrzeszcząc i wskrzeszając ducha minionej epoki. Nawet jeśli walory muzyczne tej płyty nie są zachwycające, udało się tym szaleńcom zbeszcześcić kilka dusz. Skutecznie pomaga im w tym Chris Moyen, którego okładkowy malunek to, jak zwykle, bluźniercze mistrzostwo. Dla fanów starego black/thrash metalu, obleśnego brzmienia i leśnej produkcji rzecz święta. Reszta może spróbować i udawać w domu przed lustrem, że jest kurewsko „tru”.

Arek Lerch 3