BLACK TUSK – Tend No Wounds (Relapse)

Przez cztery płyty trio z Savannah uparcie raczyło nas standardowym, choć przyjemnym southern/sludge metalem z lekko stonerowym zacięciem. Gdybym był złośliwy, dodałbym, że raczej bez szans na większy sukces. Teraz przyszedł czas na mini album, który w powyższym obrazie wyłomu nie czyni, ale też nie sprawia żadnego, większego bólu. Jest dobrze, na tuskowym poziomie.

Rzut oka na okładkę i już wiadomo, że Black Tusk niczego nie zmienili. Świetna, dobrze znana kreska autorstwa Briana Mercera dodaje płytce należnego splendoru i powoduje, że obcowanie z sześcioma nowymi wyziewami tej ekipy jest bezbolesne.

Ciągle podkreślam to, że Black Tusk jest dość przeciętny, bo to święta prawda. Z drugiej jednak strony muzykanci dupy nigdy nie dali, wyglądają dobrze i młócą to, co potrafią najlepiej. W stosunku do płyty „Set The Dial”, która także nie zabijała, mamy do czynienia ze zdecydowanie bardziej punkowym podejściem do tematu. Na milę czuć, że chłopaki przygotowali sześć kawałków, szkicując je niejako i z takim, luźnym, rozchełstanym graniem weszli do studia, skupiając się nie na precyzji wykonania a raczej na zachowaniu każdego grama kurzu, jaki zwinęli z ulic. Potężne, rozjechane riffy, piach pustyni, prosta, łomocząca głucho sekcja. Mało melodii, więcej zgiełku i dusznej atmosfery. Gdzieś tam pojawia się rozjaśnienie w postaci smyczkowego intro, jednak podstawa jest bez zmian.

Chciałbym powiedzieć, że płyta mi się podoba, jednak wolę zaczekać, kiedy w muzykantach coś się ruszy i sprężą się, tak jak zrobili to koledzy z HOWL. Brodata załoga da się lubić, jednak muszę przyznać, że w samej Warszawie znam kilka zespołów, które taką muzykę robią na o niebo wyższym poziomie. Co nie zmienia faktu, że zamiast paluszków do piwa wolę „Tend No Wounds”.

Arek Lerch

Trzy