BLACK TAPES – Shipwreck  (Antena Krzyku)

Black Tapes z sezonowej rozrywki i sensacji stali się prawdziwym zespołem, nagrali świetną, debiutancką płytę, którą tu i ówdzie zamieszali, zagrali parę dobrych koncertów, po czym przygotowali nowy zestaw piosenek. I być może to właśnie był ich największy błąd.

Błąd, bo kult w Warszawie osiąga się przez nagranie demówki, wydanie jej na cedeerze w ilości sztuk 100 a następnie rozwiązanie zespołu z bliżej nieokreślonych powodów. Tymczasem Black Tapes nie skończyli na etapie demo, ale nagrali w Szwecji płytę, która zawierała kilka zadziornych punkowo – neo rockowych hitów. Stali się też małą sensacją wśród dziennikarzy na gwałt szukających w podziemiu nowych twarzy.  Nowych twarzy, które są na tyle nośne i przebojowe, żeby można było je pokazać w TVN. Największy grzech Taśm to właśnie nowa płyta. Przesadzam? Wystarczą mi te wszystkie jęki, które już na temat „Shipwreck” słyszałem. Że nieprzebojowa, że nudna, że to i tamto… A wystarczyło powiedzieć – że się nie rozpadli. To właściwy powód narzekań. I nie rozpadli się, ale za to nagrali płytę, moim skromnym zdaniem, lepszą od debiutu. Faktycznie, nowa muzyka jest jakby nieco mniej przebojowa, ale trzeba posłuchać całego krążka, by zrozumieć zamysł zespołu. Chodziło o stworzenie całości, równej, muzycznej opowieści. I to się udało! Cały materiał zamyka się w 11 kawałkach trwających nieco ponad 28 minut. Każdy kawałek to około dwóch minut radosnego grania. Pozostał ten sam kierunek – rockowe, korzeniami zaczepione w punk rocku granie, mające za przewodnika skandynawski, rock’n’rollowy feeling i wyspiarską rebelię. Zespół stworzył bardzo dojrzały materiał i to mi imponuje najbardziej. Bo w pierwszej kolejności zwraca się uwagę na aranżacje – każdy szczegół jest przemyślany i jeśli nawet całość sprawia wrażenie luźnego rzępolenia w garażu, to nie ma tu przypadkowych dźwięków, a brudy są doskonale kontrolowane. Wszystko utrzymane jest w średnich tempach, spięte klamrą fajnego bębnienia Dawida, który zagrał na płycie bębny życia. Radosna, fajnie poukładana rytmika to fundament do gitarowych jazgotów, które zahaczają o punk, stoner, gdzieś w biegu flirtując z The Hives. Trudno przejść też obojętnie obok absolutnie oldskulowo brzmiących klawiszy, które dodają zespołowi lekkiego posmaku lat 60 – tych. Osobiście słyszę tu najwięcej inspiracji The Clash, choć wcale mi to nie przeszkadza. Zespół stawia na muzykę, która ma bronić się za sprawą doskonałych kompozycji. Chyba świadomie zrezygnował ze zbytniej melodyki, równając wszystko do jednego, wysokiego poziomu. Bo jeśli nawet nie ma tu wyraźnie przebojowych refrenów, jeśli nawet brakuje koweru na miarę Roxette z „jedynki”, to i tak cała płyta wpada w ucho, powoduje uśmiech na twarzy i wprawia w radosne podrygiwania. Czyli spełnia swoją rolę.

Nie mam wątpliwości, że to nie wypadek przy pracy ale rasa i duża konsekwencja muzyków są rodzicami „Shipwreck”. Black Tapes nagrali fajny album i potwierdzili, że są kolejnym, doskonałym polskim zespołem, grającym szeroko pojętego, alternatywnego rocka z punkowymi korzeniami. Szkoda tylko, że w radiu zamiast nich poleci po raz kolejny Piasek w parze z Brodką. A może brodą? Któż to wie…

Arek Lerch