BLACK STAR RIDERS – All Hell Breaks Loose (Nuclear Blast)

Jeśli słucham i ostro antycypuję zespoły, które za swój fundament uznały dokonania starych dziadów sprzed wielu lat, to czy mogę posłuchać owych starych dziadów, powracających na sceny? Odpowiedź brzmi – czemu nie i w takim nastroju zapoznajemy się z debiutancką płytą Black Star Riders, który to zespół ma w swoim składzie faktyczny zestaw „starsów” o średnim wieku ojców naszych. No, może trochę przesadzam…

Historia tego zespołu zaczyna się w zasadzie w kilku miejscach; najważniejsze z nich to Dublin, gdzie w 1969 powstał Thin Lizzy i Newtownards, w którym trzy lata wcześniej urodził się Ricky Warwick. Ekipa zmarłego w 1986 roku Phila Lynotta wpisała się złotymi zgłoskami w annały rockowej historii, Ricky muzyczne ostrogi zdobył terminując w New Model Army a od 1988 roku walczył i zdobywał zasłużone laury z The Almighty. Drogi reaktywowanego Thin Lizzy i Ricky’ego skrzyżowały się w 2009 roku, kiedy to nasz bohater dołączył do ostatniego składu szkockiej legendy. Nie będę się tu rozwodził nad sensem reanimacji trupa, nawet dla tak szczytnych idei jak hołd dla zmarłego przed laty lidera. Cóż, można to tłumaczyć na wiele sposobów. Dobrze jednak, że muzykanci doszli w końcu do wniosku, że nagranie nowej płyty pod starym szyldem będzie lekkim kurestwem i zrobili, co mogli najlepszego – założyli nowy zespół. W ten sposób rozpoczyna się historia Black Star Riders, przypieczętowana debiutanckim, całkiem udanym albumem.

W zasadzie jest to pozycja dla każdego fana dobrej muzyki rockowej, która pamięta i jest nasączona do granic przyzwoitości starym, dobrym duchem lat 70 –tych i 80- tych. Mając fenomenalne umiejętności i jeszcze większe doświadczenie, wzbogacony o perkusyjnego wyjadacza Jimmy’ego DeGRasso (Alice Cooper, Megadeth a nawet Suicidal Tendencies…) zespół nagrał po prostu kilka miejscami oszczędnych, rockowo-hardrockowych piosenek, które urzekają świetnym riffem, doskonałymi wokalami i tłustym brzmieniem. Jasna sprawa, że nic nowego z tych utworów nie wyciśniemy; to już było, jednak płyta ukazuje się w doskonałym momencie ogólnoświatowej histerii w temacie retro brzmień, lat 70 – tych itp wynalazków. Jedenaście utworów to równy, solidny poziom hardrockowego rzemiosła, jednak można tu wyłowić kilka perełek. Na początek idzie przebojowy, rockowy song opatrzony dość prowokującym tekstem „Hey Judas”. Klasykiem stanie się też zadziorny, lekko hymnowaty „Bound For Glory”. Za to prawdziwą rewelacją jest lepiący się do ucha „Kingdom of the Lost”, naszpikowany celtyckim folklorem i brzmiący jakby wypadł z kajetu Justina Sullivana (New Model Army). Płytę kończy lekko improwizowany, bluesowy song „Blues Ain’t Bad” i razem z wymienionymi wyżej piosenkami stanowi o sile płyty. Rzecz jasna, pozostałe utwory zachowują równie dobry poziom, jednak nie znalazłem w nich też niczego za co można zespołowi postawić pomnik.

Ricky w wywiadzie odgraża się, że Black Star Riders to prawdziwy zespół a nie żaden projekt. Powiedzmy, że mu uwierzymy, choć w sumie nie ma to znaczenia, czy grupa przetrwa rok czy całą dekadę. Cieszy za to fakt, że zaprawieni w boju muzykanci zamiast gdzieś tam gnić, wspominając czasy glorii i chwały, zakasują rękawy i robią to co potrafią najlepiej – fuckin’ rock’n’roll. „All Hell Breaks Loose” to triumf gitarowego łojenia w bezdusznych i plastikowych czasach.

Arek Lerch

Cztery