BLACK SHAPE OF NEXUS – Negative Black (Exile of Mainstream Records)

Black Shape of Nexus założony został w Niemczech w miejscowości Mannheim w 2005 roku. Mając silną podstawę w postaci hardcoe’owych korzeni, od samego początku zdradzał heretyckie zapędy, zerkając chciwie poza core’owe poletko. I tak zerkał, aż na przełomie 2011 i 2012 roku zarejestrował drugą płytę „Negative Black”. Płytę, która jest kluczem do bram piekieł, gdzie gitarowa siarka leje się na grzmiące kotły, wciąga i truje niczym cyjanek. Wejście na własną odpowiedzialność. Powrotu nie ma…

Bardzo trudno zdefiniować jednoznacznie „Negative Black” bo zespół paskudnie zamieszał, łącząc kilka dość wyraźnych gatunków, które z jednej strony zespoliły się w solidny monument a z drugiej nadal potrafią podkreślić swoją odrębność. Składnikami tej mikstury są mroczny sludge metal, gdzieś tam bratający się z doom metalem, ciężki i brudny hard core, noise, przechodzący miejscami w paskudny drone, ryjący psychikę niczym doskonały, mentalny pług. Na pewno można powiedzieć, że zespół zapisał się do grona kapel, które uwielbiają rozbite metronomy; tempa są iście żółwiowe, czym B-SON nawiązuje do współczesnych trendów tzw. post metalu.

Tak to wygląda w ogólnym rozrachunku, jeśli jednak analizować poszczególne kawałki, okaże się, że są często bardzo indywidualnymi wypowiedziami, przeczącymi sobie nawzajem. Bo np. taki „Illinois” to wyraźna odpowiedź na pytanie „Co można zrobić z gitarą, jeśli nie chcę się na niej grać?”. Nic dodać. Z kolei „400H” i „40WV” to prawdziwa psychodelia ery sludge metalu, acid doom (piękny w swoim odjeździe „RMS”) z kurewsko ciężkim brzmieniem, niczym kawały betonu zrzucane na głowę. Najważniejsze na płycie są jednak kompozycje „10000µF” i „Negative Black” Nie tylko ze względu na długość przekraczającą w pierwszym przypadku 10 a w drugim aż 20 minut. Monstrualne katedry hałasu wznoszone w pocie czoła, mozolnym rytmem i wściekłym pokręceniem gitarowych przetworników budzą respekt. Baczność! Schodzimy do piekieł. Strach, rozpacz i brak nadziei. Nie ma tu żadnego światełka, jest zło i jedyny w swoim rodzaju, ponury, mizantropijny klimat. B-SON pławią się w gitarowym zgiełku, wywlekając wnętrzności, tańczą wokół ogniska, rzucając pokręcone cienie, niczym najlepszy halucynogen.

Trzeba przyznać, że w swojej klasie są nieźli, potrafią zbudować klimat niczym amerykańscy koledzy z Horseback. Nie jest to muzyka na jedno przesłuchanie – 80 minut może zabić najwytrawniejszego smakosza. Zaletą jest to, że powstała muzyka bardzo spójna, choć złożona z wielu składników, mająca wspólny mianownik w postaci zawziętości, z jaką B-SON kopie nas po twarzy. Jeśli lubicie takie łaskotki, można spróbować.

Arek Lerch