BLACK SABBATH – 13 (Vertigo)

Trudno było oczekiwać, że wymyślą się na nowo i zgotują podupadającemu ciężkiemu rockowi jakiekolwiek zaskoczenie. Takim – mimo wszystko sporym jak na nasze czasy – była już sama nowina, że wracają do studia. Nie wpuszczając się w eksperymentalne maliny, które w przeszłości z reguły im szkodziły, Black Sabbath grają na „13” po prostu siebie.

Ta historia mogła mieć dwa finały. Pierwszy z nich – zupełnie niewspółmierny do szumu, jaki od kilkunastu miesięcy otaczał powstawanie nowego albumu Sabbs. Możliwością drugą było zaspokojenie narobionego apetytu solidnie przygotowanym, muzycznym daniem. I choć jako urodzony sceptyk bardziej spodziewałem się irytującej mżawki z dużej chmury, szczęśliwie stało się inaczej. Pomimo zachowawczości oraz drobnych niewypałów, dziadkowie popełnili płytę udaną.

Wiadomo, że od tak charakterystycznego stylu, którego Osbourne, Iommi i Butler są twórcami, trudno uciec, nawet mając ze sobą w studiu nowego bębniarza (o nim za chwilę). Muzycy nie podejmują jednak takich desperackich prób. Znajdziemy więc na „13” zagrania, w których – świadomie lub nie – cytują samych siebie: motoryczny „Loner” ma w sobie groove znany doskonale z „N.I.B.”, natomiast „Zeitgeist” to wdzięczny rozkrok pomiędzy oniryzmem „Planet Caravan” i łagodniejszymi tonami „Sabbath Bloody Sabbath”. Są tu też jednak kompozycje, które choć noszą wszelkie znamiona brzmienia Black Sabbath nie budzą tak jednoznacznych skojarzeń. Mam na myśli zwłaszcza drugą połowę płyty: „Age of Reason”, za sprawą powracającego głównego riffu, idealnie chwyta moment gdy hard rock przepoczwarza się w pełnowartościowy heavy metal, „Live Forever” uzależnia najbardziej chwytliwym refrenem całości, a „Damaged Soul” – dzięki bluesowej dynamice okraszonej przygrywającą harmonijką – urozmaica stylistycznie jednorodną resztę, stając się najoryginalniejszym fragmentem tego wydawnictwa. Paradoksalnie, dziwnie blado robi się po brzegach programu „13”. Otwierający „End of the Beginning” to nużąca kserokopia utworu tytułowego z legendarnego debiutu, natomiast niewykluczone, że wieńczący „Dear Father” robiłby lepsze wrażenie na solowych dokonaniach Osbourne’a z ostatniej dekady.

Iommi, mimo wieku i poważnej choroby nadal nie ma sobie równych w riffach budowanych na sekwencjach wypuszczonych akordów. Ozzy ma na tej płycie momenty mniej oraz bardziej imponujące; szczytem tych drugich jest trzewiowy wrzask „right!” pod koniec przyspieszającego „God is Dead?”. Bas Butlera jest bodaj największym atutem materiału. Facet emituje tak intensywne wibracje przy pomocy własnych rąk i czterech strun, że „13” smakuje się nie tylko za pomocą receptorów dźwiękowo-wizualnych. Czuje się ją w kościach, w kurczących się i rozkurczających nerwowo mięśniach, w przyspieszającym oddechu.

W odróżnieniu od powszechnej tendencji nie uważam, by zastępujący Billa Warda na bębnach Brad Wilk położył sprawę. Mimo iż w zaistniałej sytuacji każdy – zaznaczam – KAŻDY pałker wybrany w miejsce oryginalnego perkusisty ma z góry przegwizdane u fanów, muzyk znany z Rage Against the Machine wykonał swą robotę solidnie, choć, faktycznie, nieco bezosobowo. Tym co natomiast definitywnie zaszkodziło pierwszej od trzydziestu pięciu lat płycie Black Sabbath, a bębnom w szczególności, jest obojętnie bezpieczna produkcja Ricka Rubina. To przez nią nie usłyszymy choćby najdrobniejszego drgnięcia perkusyjnej membrany, a całości braknie powietrza. Po cichu wyobrażam sobie, co by było, gdyby panowie o asystę poprosili Steve’a Albiniego…

Odstawmy jednak dumanie na bok, bo jaka „13” jest, wszyscy słyszymy. I w tym momencie historii, gdy legendy znacznie częściej odchodzą, niż przychodzą na nasz świat, pozostaje jedynie cieszyć się z kolejnego dzieła Ojców Założycieli metalu. Nawet jeśli jesteśmy świadkami ich ostatniej drogi, to przyznać trzeba, że żegnają się z dużą klasą.

Cyprian Łakomy

Pięć