BLACK MOUNTAIN – IV (Jagjaguwar/Secretly Canadian Distribution/Sonic)

Czwarta płyta Black Mountain stawia kropkę nad i w temacie grzebania na śmietniku muzycznej historii. Jeśli ktoś ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, czy ciągłe eksplorowanie przeszłości ma jakąkolwiek (sic!) przyszłość, kanadyjscy muzykanci odpowiadają gromko: tak, to ma sens! Oczywiście, dodać należy, że sens związany jest głównie z ewentualnym pomysłem na to, z której strony ów śmietnik skubać. Black Mountain nie skubią a raczej zachłannie pożerają wszystko, co im wpadnie w paszczękę.

Żeby było jasne – to nie kolejny przykład wymuszonego retro festiwalu  i usilnego poszukiwania brzmień „z epoki”. W pierwszej kolejności uderza nas swoboda z jaką swoją muzykę zespół wykonuje. Jeśli dodamy do tego fakt, że określają się mianem armii i prowadzą różne działania prospołeczne, okaże się, że mamy do czynienia z, hmmm, niemal hipisowską komuną. A na pewno grupą nawiedzeńców. Co ciekawe, rozmach i klimat czegoś niezwykłego, jaki roztacza się wokół zespołu, co żywo przypomina mi działania Goat. Z tym, że o ile Kozły są w swojej twórczości niemal jarmarcznie kolorowi, roztrzepani i zahaczają nawet gdzieś o kulturę Afryki, o tyle Black Mountain pozostaje nieco bardziej stonowany i odjeżdża dość mocno na psychodeliczne, zimne pola za sprawą wszechobecnych klawiatur, które zdają się narzucać płycie charakter. Choć pierwszy, wyraźnie hard rockowy numer „Mothers of the Sun”, mimo swojego monumentalizmu, jest dość zwodniczy. Niezła jazda zaczyna się zaraz potem. black mountain 2

Składniki? Wyczuwalne od pierwszych dźwięków inspiracje kwaśnymi, psychodelicznymi latami 60. w charakterystycznej melodyce, mantrowy charakter kompozycji, rozmach i dość patetyczne melodie. Na szczęście, nie trzeba spuszczać powietrza z tego balonika, bo zespół dość precyzyjnie potrafi utrzymać równowagę między patosem a zwykłą, dobrą zabawą. Oczywiście, inspiracje substancjami psychoaktywnymi – przynajmniej teoretycznie – są oczywiste. Prym wiodą tu instrumenty klawiszowe, czasami zapodające wrzynające się w mózg melodie jak w „Florian Saucer Attack”, to znowu odjeżdżające w kosmos („You Can Dream”). Najlepsze są te momenty, kiedy zamiast zabawy w solówki zespół buduje po prostu odjechany, psychodeliczny klimat,  co szczególnie dobrze wypada w programowo monotonnym, hipnotycznym „Constellations”. Pierwszą część płyty zamyka zaskakująco konwencjonalna, akustyczna ballada „Line Them All Up”, wyraźnie nawiązująca do epoki flower power i jeśli ten moment uznam za lekkie wahnięcie poziomu, od dynamicznego „Cemetery Breeding” rozpoczyna się prawdziwa uczta. Kończąca płytę trójca „(Over and Over) The Chain” – „Crucify Me” – „Space to Bakersfield” to majstersztyk space rocka i ukłon – szczególnie w ostatnim z numerów – w stronę starego Pink Floyd. Jest i rozmach i mieniące się pejzaże, malowane elektroniką a przede wszystkim spokój i specyficzna równowaga, emanujące z muzyki. Słychać, że te kompozycje są wynikiem wielogodzinnych, zespołowych tripów, podczas których muzycy osiągali drugie i trzecie wymiary świadomości.

I w zasadzie to wszystko… Ameryki nie odkrywają, ale znakomicie bawią się swoją muzyką i ta pogodna, majestatyczna aura szybko udziela się słuchaczowi. W każdym razie – bez wspomagaczy można próbować podróży w nieznane zakątki umysłu. A na koniec nasuwa się jedynie pytanie, czy nasze dzieci będą wracać po latach do IV jak do nowomilenijnej klasyki, która otworzy im oczy na lata 60 i 70 czy raczej jak do symbolu eklektycznego początku XXI wieku?

Arek Lerch

Cztery i pół