BLACK HEARTED BROTHER – Stars Are Our Home (K7/Sonic)

Taka muzyka może powstać tylko i wyłącznie w ponurej, zamglonej Anglii. Miejscu, gdzie zamknięci w sobie chłopcy spacerują gapiąc się na swoje buciory. Próbowałem umieścić Black Hearted Brother np. w Polsce i wyszło, że to żart. Choć nazwanie „Stars Are Our Home” muzyką dla smutasów też nie jest prawidłowe. Krótko i węzłowato – shoegaze odlatuje w kosmos szukać nowego domu.

Szukanie genezy tej muzyki nie jest wcale łatwe, bo korzeniami sięga ona do bardzo różnych wątków alternatywnego hałasu z kilku dekad. Cofnijmy się zatem daleko, daleko wstecz. Np. do 68 roku i płyty „A Saucerful of Secrets”, potem przeskakujemy do „Hawkwind” – to już rok 1970 – a potem lądujemy w 91 i smakujemy „Loveless” My Blody Valentine. Dodajmy do mikstury „Pygmalion” (95) Slovdiwe i jesteśmy w domu. Ostatnia formacja została wymieniona celowo, bo jej członkiem był Neil Halstead, który tworzy też Black Hearted Brother.

Ewidentnie medytacyjny charakter tej muzyki jest oczywisty od pierwszych taktów. Senne, rozleniwione pasaże psychodelicznych gitar tworzą zawieszony w próżni, dźwiękowy obraz, delikatnie pobudzany zapętloną grą sekcji rytmicznej. Sporadycznie trafiają się wokale, wszystko luźno płynie w sobie tylko wiadomym kierunku. Celowa rezygnacja z bardziej określonych, sztywnych konstrukcji nasuwa skojarzenia z narkotykowym tripem, wszechobecne pogłosy, pogłębiają wrażenie odrealnionej przestrzeni, w jakiej się znajdujemy. Słuchając „Stars…” mam wrażenie, że muzycy specjalnie nie przejmują się kiełznaniem sprzęgających się instrumentów, pozwalając im na swobodny lot. Zastanawiam się, czy udało się Black Hearted Brother stworzyć nową jakość; momentami faktycznie czuję się wyjątkowo, słuchając tej płyty, czasami zaś lekko drażni mnie fakt, że to wszystko już było – i dawniej, ale też w bardziej współczesnych produkcjach. Oczywiście, za swego rodzaju novum można uznać połączenie shoegaze, lekką zgiełkliwość gitarowych sprzęgów z psychodelicznym rozmachem space rocka. Choć pewnie dla części słuchaczy będzie to nic innego jak post rock. Ach, to nazewnictwo… Płyty słucha się fajnie głównie wtedy, kiedy nic nas nie zaprząta, spokojnie usiądziemy i poddamy się dźwiękom. Wtedy świat nabiera kolorów okładki i może zobaczymy nawet gwiazdy? Kto wie…

Black Hearted Brother to jednak przede wszystkim mało współczesny zespół, głównie dlatego, że jaskrawo różni się od zasuwającej w niebywałym tempie rzeczywistości. Grupę tworzą dojrzali, doświadczeni panowie i właśnie do takiej publiczności swoją płytę kierują. Do kogoś, kto takie niezbyt nachalne, wycofane dźwięki będzie trawił w podobny, spokojny mało łakomy sposób. Hipisi dojrzeli, zaliczyli „doła” a potem spojrzeli w gwiazdy.

Arek Lerch

Cztery i pół