BLACK FLAG – What the… (SST Records)

Bieżąca inkarnacja Black Flag to, niestety, ale pośmiewisko. Rzecz, która może i „zażarła by” w latach 80, ale z zaznaczeniem, że wczesnych, kiedy do głosu nie doszedł Henry Rollins.

Tytuł i okładka tego albumu dobitnie sugerują, że coś jest nie tak. I niestety, tak właśnie jest. Prymitywizm, zacofanie, do tego zwykła muzyczna ułomność i przegrane zawirowania wokół praw do nazwy zespołu jak widać (na koncertach) i słychać (na tymże „dziele”) nie powinny w ogóle mieć miejsca. Aktualne wcielenie pionierów hc/punka nie dostaje do pięt Black Face (teraz Flag) i z całym szacunkiem, w dupie mam to, że zespół ten rzeczywiście tworzą oryginalni członkowie starego Black Flag, skoro główny kompozytor kapeli kładzie ją na łopatki. Nie po to ludzie (w tym niżej podpisany) tatuują sobie na całe życie logo takiej kapeli, by lata po jej rozpadzie widzieć jak rujnuje się legendę (ten status jest akurat dyskusyjny).

Po prostu, nie ufam tym starym dziadom. To co robią jest kompletnie nieszczerze, podane w tak niechlujny sposób, że aż dziw, że ktokolwiek zdecydował się to wydać. Nie myślcie jednak, że pragnę, aby Black Flag (w jakiekolwiek konfiguracji personalnej…) nagle grało nowocześnie, ale wiem, że nawet tak charakterystyczne dźwięki można podać ciekawiej, bez strzelania sobie w kolano okładką, brzmieniem, tekstami – a właściwie to wszystkim co z tym albumem związane. Łudziłem się, że to będzie „to”, że może jednak jest sens w przywracaniu BF do życia. Ch… tam, chęć wysupłania dodatkowych dolarów przeważyła i grupa jest żałosnym żartem. Nadal grają krzywo, ale wolniej i bez jakiekolwiek werwy.

Zaorać. Proszę.

Grzegorz „Chain” Pindor

jeden i pół