BLACK BREATH – Slaves Beyond Death (Southern Lord)

Jest kilka rzeczy, których jako słuchacz nie potrafię wybaczyć. Na czele tej listy jest z pewnością granie na pół gwizdka, bo chyba nic mnie tak nie irytyje w muzyce jak poprawność i „bezjajeczność”. Już wolę jak ktoś kompromituje się głupimi pomysłami, ale robiąc to idzie na całość. Dlaczego piszę o tym w kontekście nowej płyty amerykańskiego Black Breath? Ano dlatego, że nie wszystko w tej muzyce działa tak, jak chciałbym, żeby działało.

A mogło być naprawdę pięknie, bo początek płyty jest na tyle efektowny, że można na chwilę wrócić do świata, w którym królowały „Clandestine” i „You’ll Never See…”. Powiem nawet, że pod względem pomysłów na riffy Amerykanie spokojnie przebijają ostatnie dokonania swoich mistrzów ze Szwecji. Gdyby okroić te utwory do samej esencji, to moglibyśmy mieć album, który nie byłby tylko miłym nawiązaniem do tematu, ale godnym spadkobiercą klasyków. Nawet pod względem produkcji jest to rzecz bardzo przyjemna dla uszu. Może za wyjątkiem perkusji, która jest co prawda mocno wyeksponowana w miksie, ale jej suche brzmienie i nienaturalnie krótki pogłos sprawiają, że w wyobraźni widzę jak Jamie Byrum okłada pałkami drewnianą skrzynię (podobne zjawisko jak na ostatniej płycie Slayer). Problemem jest jednak nie on, tylko wokalista Neil McAdams.

Wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego niż darcie ryja do mikrofonu. Krzyczeć każdy może, trochę lepiej lub gorzej, parafrazując znaną piosenkę. Ale nie, to nie jest prawda. Neil McAdams ma być może warunki do zdzierania gardła, wie też jak powinny brzmieć wokale w szwedzkim death metalu, ale ja za diabła nie kupuję tego, co on próbuje mi swoim głosem sprzedać. Jakkolwiek komiksowa i groteskowa nie byłaby ta estetyka, także i ona wymaga tego, żeby wycisnąć z siebie siódme poty. Na „Slaves Beyond Death” wokale są poprawne i nic ponadto. Powstaje dziwny dysonans, kiedy w partiach gitar czuć ogromna pasję, a na to wszystko jest nałożony głos kogoś, kto coś tam sobie mamrocze. Okazjonalnie pan Neil pozwala sobie na coś w rodzaju przeciągłego krzyku, co za każdym razem podbite jest milionem studyjnych efektów, a ja i tak za Chiny tego nie kupię. Posłuchajcie sobie starych płyt Dismember i poczujcie różnicę.BB foto

Na domiar złego Black Breath, choć amerykański, wpada powoli w tę samą pułapkę, w którą wpadła większość szwedzkich zespołów (poczynając od Dismember, na Tribulation kończąc). Chodzi mi o skłonność do wpychania w surowy death metal ładnych, klasycznych melodyjek o heavy metalowym rodowodzie. Jeśli ktoś wzrusza się słuchając „The Somberlain”, to pewnie się ucieszy, ale ja kawę i death metal lubię bez cukru. Jeśli mam sentyment do Dissection czy At The Gates, to raczej na zasadzie wyjątków od reguły i z tym kierunkiem we współczesnym metalu jest mi raczej nie po drodze. Ale, jak zaznaczyłem powyżej, ocena tych dewiacji zależy od indywidualnych preferencji słuchacza.

I tak naprawdę, gdyby nie ten nieszczęsny wokalista, pisałbym o „Slaves Beyond Death” jako o płycie bardzo dobrej. Może te wokale to efekt jakichś problemów i jednorazowe potknięcie, ale nie ma na to mojej zgody. Daj z siebie wszystko, albo nie zawracaj mi głowy, bo przecież takich, którzy chcą być wysłuchani jest cała armia. Dobrze wiem, że to nie jest takie proste, ale słyszę to co słyszę i inaczej pisać o tym nie mogę.

Michał Spryszak

Trzy i pół