BLACK BREATH – Sentenced to Life (Southern Lord)

W pewnym sensie takie zespoły jak Kvelertak czy Black Breath są idealnymi metalowymi bandami naszych czasów. Takie, a nie inne oblicze ich muzyki nie wynika ze spinki na nowatorstwo za wszelką cenę ani mocowania się z etosem starej szkoły. „Sentenced to Life” przypomina o metodzie twórczej, którą operowały choćby pierwsze hordy grające tzw. szwedzki death metal – zamiast dumać nad kierunkiem działań i obmyślać strategie marketingowe, należy słuchać dużo hałasu i napierdalać jak serce podpowiada.

Sprawa z opisywaniem takich płyt jak „Sentenced to Life” jest o tyle prosta z punktu widzenia opisującego, że nie ma tu specjalnie nad czym filozofować i w zupełności wystarczyłaby recenzja typu „połącz kropki”. Przypomnijcie sobie świetny debiut Black Breath, przesuńcie punkt ciężkości z d-beatowego czardasza na thrashowe klimaty z okolic wczesnego Bay Area i będziecie w domu… Kto natomiast nie dał się sponiewierać „Heavy Breathing”, temu towar otagujemy. Wyraźnie słychać, że patefonami tych mało pięknych Amerykanów rządzą płyty Entombed, Poison Idea, Motörhead, Discharge, Slayer, Dark Angel. Na pozór wszystkie elementy tej układanki są dobrze znane – ot, elementarz metalowca, który miał szczęście wychować się poza Polską i nie załapał się na szczyt popularności Moonspell, albo jest za młody, żeby pamiętać lata 90., a z książek dowiedział się, że tylko lata 80. się liczą. Siła Black Breath polega na tym, że ze wszech źródeł czerpią z wyczuciem i intuicją godną wytrawnego znawcy muzyki umiarkowanie ambitnej. Nie uświadczycie na „Sentenced to Life” tendencyjnej żonglerki cytatami ani wystudiowanej pozy „wyluzowanych nihilistów” (no pun intended). Ta płyta to mocny rock’n’roll potraktowany z lotu ptaka, który bez kompleksów czerpie i z punka, łojąc jakby od tego zależał wieczorny blowjob, i z kanonu metalowej klasyki, nie błądząc po ostępach taniej przebojowości. Rozumiem, że zespołów lawirujących w podobnych klimatach jest dziś ćwierć całego bandcampa, ale nie mam wątpliwości, że Black Breath to pierwsza liga epigonów, a talentem kompozytorskim, rozgarnięciem i energią mogą stawać w szranki i konkury ze wspomnianym Kvelertak, bo taki Wolvhammer zdmuchują niczym Dziad Borowy Kokosza z pnia nad strumieniem. Nad produkcją czuwał sam Kurt Ballou, najlepszy spec od podrabiania brzmieniowej szwedzizny a’la Skogsberg (vide „Live the Storm” czy „No Heroes”), spokojnie możemy więc przyjąć, że te zacne nuty otrzymały najlepszą oprawę, na jaką zasługują.

Znów zamiast recenzji wyszło mi coś na kształt rozszerzonej wersji wytwórnianych peanów z materiałów promocyjnych – i znów się z tego tłumaczę. Ale głupio też mi nie jest, po prostu „Sentenced to Life” jest albumem tak dobrym jak jego okładka. Większość pewnie wzruszy ramionami, pozostałych naprowadzi ona na właściwe tory (skojarzenia z obrazkami z pewnych kanonicznych płyt jak najbardziej na miejscu), skoczy im tętno i zaczną wertować ofertę polskich dystrybutorów Southern Lord.

Bartosz Cieślak     5/6