BLACK ANVIL – As Was (Relapse)

Na początek muszę się do czegoś przyznać – twórczość Black Anvil znam co najwyżej pobieżnie. Niby nazwa znana, muzykę też na pewno słyszałem i choć nie byłem w stanie przypomnieć sobie żadnych konkretów, nie mogłem zagłuszyć dzwoniących z tyłu głowy złych przeczuć i wątpliwości. Pomyślałem sobie: przystąpię do tej recenzji z czystą kartą, zrobię co najwyżej podstawowy research i voila – niech przemawia muzyka. Po usłyszeniu pierwszych dźwięków otwierającego album „On Forgotten Ways” nagle przypomniałem sobie, dlaczego nie pamiętałem o tym zespole. Albo inaczej – dlaczego nie chciałem pamiętać.

Z Black Anvil mam taki problem, że choć teoretycznie grupa czerpie inspiracje z wydawałoby się świetnych wzorców – w końcu w ich twórczości pobrzmiewają echa Celtic Frost, Venom czy Destroyer 666 – chłopaki przekuwają je w kompletnie dla mnie niezrozumiałą, rozlazłą i mdłą papkę. Mówiąc krótko, uosabiają wszystkie cechy, które w black metalu (a mimo wszystko, tak wypadałoby nazwać tworzoną przez Black Anvil muzykę) są najmniej pożądane. Może i brzmienie „As Was” jest potężne i głębokie, niemniej brakuje mu tak potrzebnej w tym gatunku surowizny i obskurności. Płyta brzmi zbyt sterylnie i grzecznie. Dobra, przede wszystkim warto zaznaczyć, że black metal w wydaniu Black Anvil to raczej taki black/thrash, ale w stylu typowo amerykańskim, dalekim od brudnego, szorstkiego i śmierdzącego rynsztokiem black/thrashu inspirowanego zespołami pokroju Sodom czy Destruction. Momentami zespół zbliża się co prawda do takiego Destroyer 666 („Two Keys: Here’s The Lock”), kiedy indziej natomiast popada w taką infantylność, że aż wór skręca. Ogarnijcie refren zamykającego „Ultra” – przecież to Dimmu Borgir na przełomie wieków wstydziliby się nagrać taki kawałek, a wydawało mi się, że akurat ci goście poczucia estetyki i dobrego smaku nie mają za grosz. Podobne, trącące myszką pierdolenie na klawiszach uświadczymy w „Nothing”, z tą jednak różnicą, że ten utwór ratuje całkiem nośna melodia.BA

Nie zawsze jest aż tak bardzo źle – naprawdę niezłym utworem jest chociażby „As An Elder Learned Anew”, z fajnie stopniowaną melodią i nieco mniej oczywistym tempem. Zdarza się też kilka fajnych riffów, co prawda zawsze są to kucowe patataje, ale jednak, biorąc pod uwagę żenujące partie syntezatorów, nie sposób ich nie docenić. No i jednak – choć akurat nie wiem czy to dobrze – niektóre z tych kawałków są wyjątkowo chwytliwe. Niestety, na „As Was” dominuje głównie metal co najwyżej średni, często kompletnie nieprzemyślany i trącący myszką, odrzucający mnie czysto śpiewanymi refrenami, cukierkową pompatycznością i kompletnie oderwanymi od rzeczywistości rozwiązaniami – przede wszystkim mam tutaj na myśli „Ultra”, no nie mogę znieść tego kawałka, jest obrzydliwy. Nie robi się takich rzeczy, nie pisze się takich utworów, a już na pewno nie nagrywa się ich na żadne albumy. Nie i już! Na to powinien być paragraf.

Nie zrozumcie mnie źle – zdaję sobie sprawę, że znajdą się ludzie, którym będą leżały te riffy i te melodie. Ja jednak do nich nie należę. Jak już wspomniałem, to swego rodzaju personifikacja wszystkiego, co widzę w metalu złym i niepotrzebnym – brakuje jedynie instrumentalnego brandzlowania. Refreny z dupy są? Są. Klawisze z dupy są? Są. Chujowe melodie? Znajdą się. Po prostu słychać, że ten album nagrali kolesie, którzy najlepsze lata mają już za sobą i chcą się pobawić w granie metalu. Panom w okolicach czterdziestki po prostu często brakuje samokrytycyzmu.

Michał Fryga

Zdjęcie: Lani Lee

Dwa