BLACK ANVIL ‒ Hail Death (Relapse)

Trudno uwierzyć w to, że da się nagrać 70-minutowy, metalowy krążek, który nie zabija nudą, a w zamian za to eksploduje porywającymi riffami i melodyjnym potencjałem. Nowojorski kwartet Black Anvil w niesamowity sposób stanął na wysokości tego zadania. Na swojej trzeciej płycie prezentuje materiał bogaty i różnorodny, czerpiąc garściami z tradycji heavy, thrash oraz black metalu, jednocześnie nie zbliżając się do dźwięków progresywnych. Poza intensywnym, gęstym łomotem, na płycie znalazło się także miejsce na nadającą charakteru przestrzeń, wpadające w ucho solówki oraz czarną, metalową nostalgię kojarzącą się z najlepszymi płytami lat 90-tych.

Black Anvil nie należą do leni. Potrafią grać szybko, blastbeaty nie są im obce. Mimo to jednak na „Hail Death” dominują tempa galopujące oraz człapiące. Nie idzie tu o łamanie rekordów prędkości za wszelką cenę, a raczej o budowanie napięcia i rozkręcające się aranżacje. Większość numerów ma po sześć, siedem minut, choć są też i takie, jak otwierający „Still Reborn”, który trwa dziewięć minut. Zresztą, jeden z ostatnich „Next Level Black” ciągnie się aż do jedenastu. Z pozoru kompozycje są niestrawnych rozmiarów, lecz pomysły i patenty, które je wypełniają, powodują, że kwestia długości numerów szybko schodzi na margines. Black Anvil ma rzadką umiejętność wywołania u słuchacza stanu skupienia. Ich twórczość, w pierwszym kontakcie zdaje się bezpiecznie poruszać pośród oklepanych i ogranych form, lecz ostatecznie okazuje się być zajmująca i wciągająca.BA band

Nosa do Black Anvil już kilka lat temu miał sam Fenriz, który ogłosił, że to kapela posiadająca potencjał, aby nagrywać płyty, które prędko staną się klasykami. Trudno się z tym nie zgodzić, ponieważ Nowojorczycy wydają się być zwolennikami, czy nawet orędownikami wszystkiego, co w metalu klasyczne, tradycyjne i wzorcowe. Idąc dalej tą drogą nie zdobędą miana zespołu przekraczającego muzyczne granice czy wyznaczającego nowe trendy, ale z pewnością dorobią się pokaźnego grona wiernych wielbicieli.

Adam Drzewucki

Pięć