BISON – You Are Not The Ocean You Are The Patient (Pelagic Records)

Od początku swojej kariery w Violence Online dostaję od Naczelnego do recenzji głównie różnego rodzaju sludge. Nie za bardzo wiem, z czego to wynika, bo ani jakoś szczególnie dużo takiej muzyki nie słucham, ani też nie mam wybitnie dużego rozeznania (być może Arek dba o moją muzyczną edukację?), niemniej raz za razem zmuszony jestem do podjęcia wyzwania. Okej, spoko, lepsze chyba to niż pisanie o nowych płytach Hate czy Suffocation, ale i tak przychodzi mi mierzyć się z raczej trudnym przeciwnikiem. Trudnym przede wszystkim dlatego, że większość tych krążków nie brzmi ani źle, ani też szczególnie dobrze. Wszystkie są poprawne, są niezłe. Są w porządku. I o większości, chwilę po wysłaniu tekstu, zapominam.

Nie umiem dokładnie przewidzieć, czy sytuacja z „You Are Not The Ocean You Are The Patient” będzie dokładnie taka sama, ale sądzę, że może rozwinąć się podobnie. Nie potrafię doczepić się do żadnego konkretnego punktu, skrytykować Kanadyjczyków za cokolwiek, powiedzieć – „O, a tu to żeście zjebali!”. Z drugiej strony, niewiele jest też sytuacji, w których najnowszy album Bison B.C. (w skrócie Bison) wzbudził we mnie jakiekolwiek wyraźniejsze emocje. Z pewnością warto wyróżnić żwawszy, momentami nieco thrashowy „Tantrum”, okraszony pod koniec partią fletu. W uszy rzuca się też nieco bardziej wyciszony „The Water Becomes Fire” – tym razem wzbogacony o smyczki. Całkiem nieźle rozpoczynają się zarówno „Kenopsia”, jak i „Raiigin”, w których zespół zdecydował się na nieco więcej przestrzeni w gitarach. Oprócz tego – standard, czyli typowy wpierdol wagi ciężkiej, raczej bez dłuższych przerw na złapanie tchu. Raz jest wolno jak diabli, kiedy indziej nieco żwawiej, ale oczywiście w granicach rozsądku – bo przecież aż tak szybko biegać nie wolno.Bison (2)

„You Are Not The Ocean You Are The Patient” jest jednak krążkiem, który uznać można za jeden z tych ciekawszych w gatunku. Brzmi nowocześnie, ale jednocześnie nie traci gatunkowej czystości, nie odrzuca monotonią, ale – na szczęście – nie jest jakimś epileptycznym miksem. Kanadyjczycy doskonale zdają sobie sprawę, że w tej kategorii najważniejsze są riffy i ciężar i dlatego to tym dwóm aspektom poświęcają najwięcej uwagi. Okej, nie wychylają się nawet na chwilę przed peleton, ale dziarsko kroczą raczej w okolicach jego czoła, miast bezsensownie snuć się przy końcu. Najbardziej jednak podoba mi się, że brzmią po prostu żywo, organicznie, stosunkowo energetycznie – właściwie już od pierwszych uderzeń w struny w „Until The Earth Is Empty”.

Czy jednak będę o tej płycie pamiętał dłużej? Cholera wie, zapytajcie mnie za miesiąc.

Michał Fryga

Cztery