BISON B.C. – Lovelessness (Metal Blade)

My też mieliśmy bizony. Mechaniczne i czerwone. Czerwone jak okładka czwartej płyty tego kanadyjskiego Bizona. Najnowsza płyta zespołu jest dokładnie taka – jak mięso obdarte ze skóry, surowe i ociekające krwią.

Bison B.C. obrał sobie za cel dotarcie do sedna muzyki (hard) rockowej, do korzeni riffu, do tej bazy, bez której niczego byśmy nie zrobili. Do tworzywa samego w sobie. Oczywiście, muzykantów, którzy chcieli zmierzyć się z absolutem było i jest nadal wielu. Black Sabbath kusi, jednak Bison zamiast klasycznej reminiscencji dźwięków z połowy lat 70 – tych udaje się jeszcze dalej, do miejsca, gdzie Robert Johnson zawierał pakt z diabłem. Czy muzycy Bisona także z kimś paktowali nie wiem, ale nowe dzieło zespołu bliskie jest tej pierwotnej, szorstkiej sile. Bazując na współczesnym nazewnictwie, mamy do czynienia z ociężałym, miejscami nieco pokrętnym (nie mylić z pokręconym…) sludge metalem. Surowy, obdarty z ozdobników riff, analogowo brzmiące, proste bębny i krzyk wokalisty. Próżno tu szukać drugiego planu. Płyta brzmi jak nagrany „na setkę” zestaw tematów i riffów. Oczywiście, wśród tej gromadki są całkiem udane próby ożywienia materii – szybki „Anxiety Puke”, połączony z niezłym groovem „Lovelessness” czy d – beatowy „Clozapine Dream”.  Jest niemal heavy metalowa końcówka „Finally Asleep”. Wreszcie najlepszy na płycie, dziesięciominutowy „Blood Music” – opus magnum Bison B.C.  Szczytowanie ruszające od topornych, brutalnie tłumionych riffów aż po potężny, motoryczny, niemal monumentalny finał. Doskonała rzecz.

„Lovenessness” to zapewne próba odcięcia się od współczesnej sceny sludge, poprzez jeszcze głębsze eksplorowanie korzeni. Kanadyjczycy dotarli w swoich poszukiwaniach do archetypu muzyki hardrockowej, opartej na starym bluesie, pamiętającym czasy prawdziwych bardów znad Mississippi. Jest to jednocześnie znak czasów – w dobie braku jakichkolwiek nadziei na odkrycie czegoś nowego, pozostaje mocny powrót do pierwowzoru, traktowany jako odwrócenie się od współczesnego pojmowania muzyki. Pierwotny charakter tej płyty, nawet jeśli uznamy, że niczego nowego nie przekazuje, jest jej największym dobrem i ostatecznie celebruje zerwanie zespołu z teraźniejszością. Old is gold, że zacytuję innych, krajowych odkrywców korzennego rock’n’rolla i rhythm’n bluesa…

Arek Lerch