BIRD EATER – Dead Mothers Make The Sun Set (Black Market Activities)

Gaza, to już przeszłość. Fenomen hałaśliwego i matematycznego sludge’u pozostawił po sobie tryptyk wydawnictw kumulujących wszystko to, co najlepszego miał do zaoferowania. Co więcej, prócz spójnej dyskografii i niezapomnianych wspomnień pozostało coś jeszcze – dziedzictwo w postaci niezwykle pomysłowych grajków. Historia Gaza nie mogła zakończyć się w ten sposób.

Nie minęła chwila, a ze szczątków pierwotnej formacji wyłonił się nowy twór. Jednak drogi muzyków nieco się rozeszły. Jon Parkin (wokal) powrócił do chłopaków z Bird Eater, reszta brygady postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i kultywować dawno rozpoczętą tradycję niekonwencjonalnego tworzenia, tym razem pod nazwą Cult Leader. Wracając do sytuacji sprzed kilu lat, gdy wzrok i słuch skierowany był na sukcesywnie rozpędzającą swą działalność Gaza, mało, kto zdawał sobie sprawę z istnienia pobocznego projektu byłych i obecnych członków formacji z Salt Lake City – Bird Eater pod przewodnictwem Parkina. Choć różnic między tymi dwoma zespołami ze świecą było szukać, mimo wszystko Bird Eater odszedł ze swoją jedyną ep-ką w cień zapomnienia. Teraz wszystko się zmienia. Dwa obozy z malowniczego Salt Lake City rozpoczęły z grubej rury bratobójczą batalię. Pierwszy do gry wkracza Bird Eater.Bird Eater

Nic lepiej nie rozpoczyna albumu, jak pozytywnie zabarwiona sentencja „Head Smashed in Buffalo Jump”, która w równie sarkastyczny sposób, łagodzącym ucho trzyminutowym preludium przygotowuje nas do piekielnej przejażdżki przez Dead Mothers Make The Sun Set. Cóż, mimo, że przewidywalność to część składowa nudy, to w przypadku Bird Eater następstwo kolejnych etapów muzycznego terroru, choć zachowane z dawną precyzją, poraża w niezwykle świeżym wydaniu. „You Don’t Belong Here”, to kwintesencja stylu amerykanów, gdyż w w niemal takim samym stopniu, co przed siedmiu laty, wyraźnie oddzielają brzmienie Bird Eater od bardziej rozpoznawalnego Gaza. Dzieje się tak do końca albumu. Krótkotrwała przerwa wokalnych wywodów Jona Parkina wyszła na dobre, gdyż teraz drze się z jeszcze większym zaangażowaniem, brzmi równie złowieszczo i w żaden sposób nie zamierza spuszczać z tonu. Mamy tutaj mnóstwo południowego groove’u („Never Buried”), nie mogło zabraknąć akustycznych przejść, które wchłaniają w niezwykle atmosferę („Cihuateteo”), są też momenty, kiedy matematyczna precyzja nie daje za wygraną, a sludge’owe zwolnienia kroczą z niszczycielską siłą („Carrion Totem”, „The Black Horse”). Oczywiście, obecność blast beatów także mocno daje o sobie znać, stanowiąc raczej świetnie wkomponowany element tła niż wychodzący przed szereg, irytujący szczegół. Jest trochę lżej niż poprzednio, ale to w żaden sposób nie przeszkadza. Bird Eater oferuje szeroką gamę barw i odcieni, mieszając chaotyczną ekspresję z melancholijną, chwilami sentymentalną stroną muzycznej osobowości. Zaznajomieni z ep-ką z 2007 roku nie będą czuli urazy z faktu znikomego progresu muzycznej formy, gdyż prawdę mówiąc, projekt jakby został zahibernowany i trzeba było lat dojrzewania by mógł ponownie ujrzeć światło dzienne i zawładnąć umysłami słuchaczy. Jest to album kompletny, niczego w nim nie brakuje, nic też nie zdaje się być przesadzone. Między klimatycznym początkiem i końcem mamy materiał, jaki czekał lata by nabrać właściwego charakteru, a bez wątpienia rok 2014 stał się idealną ku temu okazją.

Mimo, że to pierwszy długogrający album tej ekipy, mam ciągle na uwadze wydarzenia, jakie działy się przez ostatnie lata wokół ludzi z Gaza i Bird Eater. Co za tym idzie, mogłem spodziewać się po tym materiale wiele i oczekiwać cudów. Mogłem, ale nie zrobiłem tego. Jednak teraz doskonale zdaję sobie sprawę, że pojęć nie należy mieszać, bo Bird Eater tym samym udowadnia, że stanowi autonomiczny, nieporównywalny twór, który stawia na doświadczenie niż na młodzieńcze szaleństwo. Bird Eater nie ugina się pod naciskiem społeczeństwa, nie zamierza też z nikim konkurować, robi swoje i mam nadzieję, że już długo tak zostanie.

Adam Piętak

Cztery