BILL FRISELL – When You Wish Upon a Star (Okeh Records)

Jeżeli nazwisko Frisell, imiona William Richard i „Bill” nic Wam nie mówią, podaję violence’owe tagi: John Zorn, Naked City. Tyle tylko, że te – poza odległą przeszłością – nie mają z Billem już nic wspólnego. Dzisiaj eksperymentatorskie oblicze Frisella jawi się jako urok młodości i niewiele ma wspólnego z tym jak od dwudziestu lat ten wybitny gitarzysta i kompozytor mocuje się z materią muzyczną. Nie inaczej jest z jego nową propozycją. „When You Wish Upon a Star” bardzo zgrabnie wpisuje się w stetryczałą teraźniejszość Billa.

Nie miałem pretensji do Frisella, gdy porzucał awangardę i fusion na rzecz instrumentalnego country i blue grass. Przecież tylko raz w życiu można nagrać dzieło tak wybitne jak „Where In The World”, gdzie depresyjny blues mocował się z folkiem, burleską, muzyką poważną i jazzem; i to się dokonało, przenosząc moje pojmowanie muzyki na inny (wyższy) poziom. Za wyjątkowo ciekawy i udany uważam okres przejściowy artysty między fusion a country („Gone Like A Train”, „This Land”). Do diabła, nawet pełne zanurzenie w otchłani amerykańskiej muzyki tradycyjnej („Ghost Town”, „Nashville”) miało swój urok. Jednak z wiekiem Frisell złagodniał, a co gorsza, stał się dokuczliwie sentymentalny. Wystarczy spojrzeć na okładkę „Guitar In A Space Age”, a dowiecie się jako to było w latach 50 i 60. B

Z nowym dziełem Billa Frisella (65 lat) mam ten sam problem. „When You Wish Upon a Star” to zbiór interpretacji filmowych i telewizyjnych szlagierów muzycznych, które królowały na wizji jakieś sto lat temu i czas powinien o nich dawno zapomnieć. Ale sentymentalizm ma to do siebie, że odnosi się do wspomnień o tym, co było dobre. A wtedy kompozycje były po prostu albo bardzo dobre albo tak mocno splotły się z nami za młodu, że nie jesteśmy w stanie myśleć o nich inaczej niż ciepło. Jest więc „Moon River” Manciniego ze „Śniadania o Tiffan’ego” (grany zresztą przez Frisella już w 2003 roku z Hollandem i Jones’em), „You Only Live Twice” z „Żyje się tylko dwa razy”, „Psychoza”, „Ojciec chrzestny” albo magiczny „When You Wish Upon The Star” z „Pinokia” Walta Disneya. Miękko, przestrzennie, jakby leniwie, Frisell w swoim rozpoznawalnym i niepodrabialnym stylu wyczarowuje na gitarze harmonie właściwe gitarze lap steel; z flażoletów i przystuków tworzy kompletne muzyczne faktury, gdzie rytm i melodia to w zasadzie jedno i to samo. W duchu „ale to już było” – bo i utwory znane i styl Frisella również – dostajemy mimo wszystko album odkrywczy, gdzie poszukiwania odbywają się w mikroskali. Bo taki jest właśnie Frisell. Jeżeli nawet gra prosto, to jego dźwięki nie wydają się oczywiste, a aranże od razu czytelne. Jeśli nawet nie poszukuje, to przedziwny sposób gry Frisella sprawia zawsze odmienne wrażenie. Kroku mistrzowi próbuje dotrzymać krzypek Eywind Kaang, który swój instrument traktuje w sposób niekonwencjonalny, brzmiąc raz jak mandolina, innym razem jak tarka. W kilku utworach głosu użycza Petra Haden, córka TEGO Hollanda. Jej głos nie dociska gazu, skupiając się na tekście i prostocie melodii, lecz jego swoista przezroczystość pozbawiona jest naturalnej żarliwości i charakteru, którym dysponował na przykład Elvis Costello, nagrywając z Frisellem album „The Sweetest Punch”. Wymarzyłbym sobie tutaj Sheryl Crow, która pokazała pazury w „Jutro nie umiera nigdy”.

Delikatność i liczba niuansów „When You Wish Upon a Star” może Was znudzić i zmęczyć, ale warto dowiedzieć się kim jest Bill Frisell – jeden z kilku najoryginalniejszych i najbardziej muzykalnych współczesnych gitarzystów. Na Waszym miejscu nie zaczynałbym studiowania jego dyskografii od tej płyty, ale kto złaknionemu wiedzy zabroni.

Kuba Kolan

Cztery i pół